Esencja dojrzewania - "Pasztety do boju" Clementine Beauvais

     Sprawdziłam sobie: powieściowe Bourg-en-Bresse istnieje, ma nieco ponad 42 tysiące mieszkańców, w tej chwili jest tam bezchmurne 30 stopni Celsjusza, a więc trochę  gorąco na podróż do Paryża rowerami, zresztą już po 14 lipca... Ale trasa malownicza. Ruszamy. 
     Ta książka nieoczekiwanie rozpromieniła mi osobistą pochorobową rekonwalescencję. Wprawiła brzuch w dygot śmiechu, przeczyściła przewody łzowe, sprawiła, że nabrałam apetytu na wędrówkę i dobre jedzenie, no i... wywołała czułość w stosunku do mnie samej sprzed dwudziestu lat. Z (para)rowerowych opowieści lubię oczywiście Trio z Belleville. A Francuzi do rowerowych czelendży mają stosunek osobliwy, co zauważył Roland Barthes w Mitologiach. Francuska do szpiku kości, trochę poezja, a trochę agitka, ta powieść. Ale mam miłe poczucie, że Clementine Beauvais napisała dobrą historię, a nie tylko zdiagnozowała dojrzewanie dziewcząt, wyjątkowo dziś bolesne. Tę książkę przepaja myśl o oku oglądającym świat, ujawniająca się na różnych, momentami subtelnych jak na młodzieżówkę poziomach. 



     Słuchamy piętnastoletniej Mireille Laplanche. Właśnie stanęła na wirtualnym podium już trzeci raz z rzędu, otrzymując mało zaszczytne miano Brązowego Paszteta w facebookowym konkursie organizowanym przez swego niegdyś najlepszego kolegę Malo*. Do tej pory była szkolną Królową Pasztetów, teraz zdeklasowały ją pół-Szwedka Astrid Blomvall (białe włosy, zez) i Arabka Hakima Idriss (czarny wąsik i trzy podbródki). Jak to - powiecie - to przecież hejt, jawne prześladowanie, nazwijmy rzecz po imieniu, rzućmy takim jak Malo w twarz "jak możesz"? Rzecz w tym że, wyjaśnia nam Mireille, rzucanie w twarz nic nie da. Interweniowała szkoła (ach te instytucje niewydolne w starciu z wirtualem), perswazji próbowała matka Mireille (ach ci nieskuteczni dorośli). A konkurs jak się odbywał, tak się odbywa. 


 
     Ach, bo Mireille, niezwykle bystra piętnastolatka, już to wie: całe życie odbywa się sąd, na którym, po prawicy sędziego zasiądą piękni, a w czeluść strąci się pasztety. Piękni nic już w zasadzie nie muszą robić, za to pasztety... i tu mamy kilka możliwości. Damskie pasztety mogą podjąć trud przejścia na drugie skrzydło Memlingowego ołtarza dyscyplinując nieposłuszne ciała. W niedalekiej przyszłości mogą stać się GŁOŚNE - wstąpić pod skrzydła feministek. Oczywiście mogą też próbować nieustannie ślizgać się poza uwagą otoczenia. 
     Ale Mireille jest inna. Energiczna, bezwzględnie i czasem raniąco trzeźwa, mobilizuje pozostałe dwie dziewczyny i - tak, kochani! - zawiązuje się paczka. A kiedy jeszcze okazuje się, że każda z nich ma osobisty (i wybuchowy - podgrzejmy atmosferę) powód, żeby 14 lipca znaleźć się na prezydenckim przyjęciu na Polach Elizejskich, kiedy jeszcze matka Mireille rzuca, że do Paryża mogłyby pojechać na rowerach, kiedy w natchnieniu wymyślają, że wyprawę opłacą sobie sprzedając paszteciki, kiedy okazuje się, że eskortować je będzie jadący na wózku, kaleki, ale bosko przystojny brat Hakimy, a o całej akcji powiadomiona zostaje lokalna dziennikarka... - czy nie rozkręca się sprężyna przygody? Mimo obiekcji matki, dziewczyny uparcie nazywają siebie pasztetami. Ale zadziwiające: w trakcie podróży to słowo przechodzi przemianę...
     U Beauvais dojrzewanie ma osobliwy smak. Odbywa się w dużej mierze publicznie. Transgresja dziecka w osobę dorosłą, proces sam w sobie bolesny, a który autorka chwyta bardzo celnie, utrudniana jest przez nieustannie wywieraną, zwłaszcza na dziewczynkach, presję. Nie ma przyzwolenia na bycie poczwarką i nie ma przyzwolenia na wybór. Robisz coś publicznie? Potępią cię jako poszukiwacza uwagi otoczenia. Kisisz się we własnym sosie? Orzekną, że marnujesz życie. Wygląda na to, mówi Beauvais, że zbiorowo cierpimy na niedojrzałość uogólnień, pochopności ocen. A jednak gdyby jedynie o presję otoczenia tu chodziło, o wszechobecne oko mierzące każdą z nas, powieść byłaby agitką - oczywiście w zbożnym celu napisaną, zręczną i niezwykle potrzebną, ale... 
     ...ale tym, co mi się tu szczególnie podoba, jest próba chwytania fenomenu dojrzewania i subtelne kierowanie uwagi na jednokrotność, nieliniowość życia. Owo poczucie jednokrotności jest, obok solidarności, odpowiedzią na jawne okrucieństwo otoczenia. Trzy nastolatki to trzy tygle emocji i decyzji, próby, uniki, drżenie. Zamiast pasztetowej powłoki pojawia się cenne ludzkie ciało, podczas wędrówki dobrze poznawane, którym dziewczęta uczą się opiekować. Jest pięknie opisany cud fizycznego zauroczenia. Jest działanie i jest zaniechanie - pierwsze poważne osobiste decyzje. Bezczelna, ale skłonna do rumieńców Mireille to chodząca pochwała francuskiej kuchni i piękna przyrody, rabelaisowska w nieustannym przechodzeniu od rubaszności do poezji, od zmysłowości do jadu celnych diagnoz. Uczy się delikatności. "Rozkwit osobowości" to nie jest frazes w przypadku tej powieści.  






   Gdyby nie ona i jej język, wiele z tego, co w fabule przywołała Beauvais, balansowałoby na granicy banału. Ale Mireille jest uważnym okiem łapiącym to, co ważne, ona ma język, którym do nas mówi o świecie. Staranna w młodzieńczym oddzielaniu się od matki, której drogi nie chce powtórzyć, Mireille zaskakująco mocno bierze sobie do serca intelektualne założenia jej filozoficznych prac. Ale prawdziwie ożywcze jest jej poczucie humoru, śmiech, który wiele razy potrafi rozbroić zranienie.
     Łobuzerska zręczność języka, ten jego wdzięk, mocno przypomina mi prozę innego Francuza, którego lubię: Daniela Pennac. A giętka polszczyzna powieści Beauvais to zasługa tłumaczki Bożeny Sęk, którą miałabym ochotę zapytać o pierwotny odbiór tej powieści... Nienaganna szata graficzna okładki, "francuskie barwy" to zarazem rozpoznawalne atrybuty stylu Gosi Herby, która wyrysowała polskie Pasztety. Polecam dziewczynom, polecam chłopakom (bo to oni patrzą), polecam dorosłym dla zabawy i ku przestrodze, polecam na listę lektur do szkół - warto byłoby przewietrzyć kanon.  
     A tu oto niżej to, co do tego stopnia zachwyciło powieściową Astrid Blomvall, że zdołała wyrwać się ponad swój pasztetowy stan: Indochine, 3 nuits par semaine:


 

 Tak, to po prostu zmienia życie :)

* przypomnijmy sobie, jakie właściwie paskudne były początki Facebooka - dziękuję, G.!


autor: Clementine Beauvais
tytuł: Pasztety, do boju! (Les Petites Reines)
projekt okładki:
Gosia Herba
przekład: Bożena Sęk
wydawnictwo: Dwie Siostry
rok wydania: 2017
 

 

Komentarze

  1. Proszę pytać :-) Tłumaczka się kłania. Bardzo dziękuję za super recenzję, bo ta książka zasługuje na to. Oryginał bardzo pozytywnie odebrałam - ma wdzięk, jest dobrze napisany. Jeśli udało mi się to oddać w przekładzie, jestem szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem w połowie książki i przez cały czas zastanawiam się, jaką przygodą i wyzwaniem musiał być przekład! Świetne są dialogi Mirelle z matką, ten język, z jednej strony kolokwialny i dosadny, z drugiej pełen trafnych ripost, a z trzeciej - refleksyjny i poetycki. Książka jest w swym klimacie tak bardzo francuska, że wystarczyłoby przeczytać pół dowolnej strony, by stwierdzić, jakiego kraju to literatura. Bardzo to ciekawe także i z tego względu, że ukazuje odmienne spojrzenie na hejt w mediach społecznościowych.
    Alicjo, dzięki za tak ciekawą recenzję! Czekam na więcej. Stęskniłam się za tym miejscem. Dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekład faktycznie był niełatwy, ale przez to ciekawy. Sporo kombinowania z grami słownymi, najtrudniejszy jednak był język młodzieżowy: żeby współczesny, lecz bez przesady, bo nastolatki wyczują przecież fałsz. Swoje lata mam, więc to było naprawdę wyzwanie. Bardzo mi pomogli młodsi pracownicy Wydawnictwa, za co im dziękuję. I cieszę się, że książka się podoba :-)))

      Usuń
  3. Przeczytałam kilkanaście stron tej powieści zanurzona w miękkiej sofie, przeczekując deszcz w muzealnej księgarni, i niestety, niestety włączyłam rozsądek- książka jest młodzieżowa, a moje półki z książkami chwieją się i znacząco trzeszczą. Nie kupiłam.

    Ale
    tak dobrze bawiłam się czytając i tak najzwyczajniej w świecie jestem ciekawa jak potoczą się dalej losy i koła rowerów Pasztecianek, że oto myk, wrzucam tę książkę do elektronicznego koszyka.

    OdpowiedzUsuń
  4. E.W. witaj w klubie. Byłam ostatnio w księgarni, miałam tę książkę w rękach i w końcu odłożyłam, bo w koszyku było już kilka. Zaraz potem trafiłam na wpis Pauliny z odwołaniem do tekstu Alicji i tak mnie wciągnęło, że kicham oszczędności i zamawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Alu, jestem w połowie lektury i na granicy odłożenia książki na półkę. Postanowiłam przeczytać Twoją recenzję, z nadzieją, że przekonasz mnie do dalszego czytania. Jak zwykle można na Ciebie liczyć. :) Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

NIESAMOWITE PRZYGODY DZIESIĘCIU SKARPETEK (CZTERECH PRAWYCH I SZEŚCIU LEWYCH) JUSTYNY BEDNAREK - przygoda krzepi!

ROK, W KTÓRYM NAUCZYŁAM SIĘ KŁAMAĆ Lauren Wolk - What has been seen...

KLĄTWA DZIEWIĄTYCH URODZIN Marcina Szczygielskiego i Magdaleny Wosik