Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2012

Hardy

Obraz
Przeprowadzkowo. Melancholijnie


Ci tam, stojący przy pianiście –
On, ona wszyscy: sopran, tenor,
Bas; ulubione ich piosenki;
    Świece wbrew cieniom
Jasne, wbrew dniom żywe dźwięki… –
    Czyż ktoś im rzekł, że lat bieg… –
Jakim tłumem kołują, lecą chore liście!

Ci tam, przycinający krzewy –
Starsi i młodsi – brzegi ścieżek
Oczyszczający z mchu starannie;
    Warstewka świeżej
Farby na ławkach i altanie… –
    Czyż ktoś z nich zgadł, że bieg lat… –
Spójrz, spójrz, jak tną skrzydłami burzę białe mewy!

Ci, na polanie w dzień gorący –
Chłopcy, dziewczęta – obrus w cieniu,
Śniadanie wydobyte z koszy –
    I, w rozbawieniu,
Śmiech, kiedy pies wiewiórki płoszy… –
    Czyż ktoś im rzekł, że lat bieg… –
Mur odarty z róż, z resztek ich przegniłych pnączy.
Ci tam, z ufnością tak olbrzymią –
On, ona wszyscy – przez trawniki
Nowego domu taszczący stół, kilim
    Dwa foteliki –
Co najlepszego w życiu zgromadzili… –
    Czyż ktoś z nich zgadł, że bieg lat… –
Desz…

O dwóch takich wielce utalentowanych

Obraz
Był sobie duży Rico, chłopiec głęboko utalentowany. Mieszkał ze swą piękną mamą w kamienicy w Berlinie. Kiedy Rico się denerwował, w jego głowie zderzały się bilardowe kule emocji. Nie lubił dróg z zakrętami i nie znał się na zegarku. A kiedy się bał, wkładał lęki do wyobraźniowej skrzyneczki, do przemyślenia na później. Czasem chodził odwiedzać smutną sąsiadkę, u której jadł kanapeczki i oglądał filmy. Kiedyś Rico spotkał małego zielonookiego Oskara, który był napełniony wiedzą po dziurki w nosie, zwyczajnie - wysoce utalentowany. Nosił kask dla ochrony przed niespodziankami. Rico i Oskar razem dopadli kidnapera, który grasował po okolicy - opisano to w książce Rico, Oskar i głębocienie (Andreas Steinhofel: Rico, Oskar i głębocienie, WAM 2011)      Druga część historii, to jest Rico, Oskar i złamanie serca zaczyna się w miejscu, gdzie skończyła się pierwsza. Przerzedza się tłum dziennikarzy wokół szpitalnego łóżka Rico, poturbowanego przez kidnapera. Okazuje się też, że tatuś Osk…

Skarbczyk słów: dintojra i pikolak

W związku ze wspominkami dziecięcych lektur w komentarzach do postu o Górach Żmijowych Miłoszewskiego, przypomniałam sobie pewne książkowe dziwadło z dzieciństwa. Lekturowo byłam żarłocznym dzieckiem, właściwie bezkrytycznym, ale to coś... nie do końca mi się podobało. Było dziwaczne, nawet jako dziecko czułam sztuczność, ba! pretensjonalność tego. Bohaterowie mówili do siebie długimi frazami, powtarzając to, co usłyszeli od rozmówcy. Niepokojące było to wszystko - dziś to na plus. Wówczas niekoniecznie. Nazywało się (epli-pepli-biten-blau) Kraina sto piątej tajemnicy Zbigniewa Żakiewicza. Ilustracje, no kto by pomyślał, Józef Wilkoń.      Zasada świata sto piątej tajemnicy jest następująca: jak policzycie kałuże do stu czterech, to następna, jeśli wejdziecie do niej obiema nogami, przeniesie was do Krainy. Wolę suche i zimne przejście w szafie. Wolę nawet, a co, przyczepę kempingową* :D Żartuję, lubię opisy portali do innych światów, każdy lubi.     Kraina Sto Piątej Tajemnicy zal…

gdy Szacki śpi... c.d.

Początek tutaj
   Co krok, to baśniowa klisza. Jednak ich ostentacyjne nagromadzenie nie spłoszy dziecka, bo ile wieczornych opowieści zaczyna się od żądań, żeby był zestaw księżniczko-księciowo-smokowo-miłosny. Oryginalność jest w cenie, ale znajoma struktura musi być!     Zaczyna się od złamania reguł przez księżniczkę Filomenę i katastrofy, którą musi zneutralizować Eryk. Filomena dostanie się do zamku Żmija, gdzie będzie odpracowywać bunt, uczyć się cierpliwości i oswajać bestię. Eryk powędruje za enigmatycznym zadaniem. Wędrówka jest dojrzewaniem - tu wielokrotnie mrugamy okiem. Chłopak pomaga wróblonowi, ptaszysku, które okazuje się zupełnie inne, niż chłopca uczono. Spotka wolne skrzaty ze szczególnym atrybutem (jak w tytule posta). Cyniczni twardziele, postępujący na przekór bajkowym schematom mówią cudną skrzacią gwarą: kędy twój lamerski hajłej wiedzie?     Wewnętrzna zasada świata, Stara Magia, jest podważana przez świata tego racjonalistów - też sympatyczny motyw, niezu…

Gdy Szacki śpi, budzą się... skrzaty z monstrualnymi wąsami

Przy okazji czytania Gór Żmijowych Zygmunta Miłoszewskiego (Uwikłanie, Ziarno prawdy, Domofon) zastanawiałam się, jak podczas czytania fantasy lub baśni traktuję ponowoczesne przypominanie, że właśnie wysnuwa się opowieść. Lubię wpaść do środka, zamieszkać i być wywalaną dopiero z zamknięciem książki - nie po to buduje się całe spójne światy, żeby je, jak mandalę, zdmuchnąć pokazaniem konwencji. Do dziś pamiętam narkotyczną lekturę Chiny Mieville'a sprzed kilku miesięcy. Z drugiej strony nie przeszkadza mi ujawnienie "szwów", gra konwencjami, intertekstualność, dopóki nie przypomina oglądania Shreka, w którym puszczanie oka do dorosłego odbiorcy przeradza się w tik. Fantasy Miłoszewskiego można odnieść do szczególnej sytuacji komunikacyjnej, intymności córczyno-tatusiowej, a to ze względu na dedykację: opowieść dla córki. Wtedy Góry Żmijowe stają się bajką łaciatą: miejscami seriozną i zaangażowaną, momentami kpiarską, łobuzującą ze schematami.     Ten niedo…

Paczka do mnie przyszła!

Obraz
Dzisiaj w skrzynce pocztowej metalowej było awizo. Powinien nastąpić dzwonek do drzwi i bezpośrednie przekazanie przesyłki, ale dowiedziałam się, iż listów gabarytowych doręczyciele nie noszą w torbach.      Tak lubię dostawać paczki. Radości odpakowywania czasem dorównuje uciecha z zawartości. A taki Kafka na przykład nie cierpiał przesyłek. Listy obchodził długo, nieotwarte poszturchiwał ołówkiem, nawet jeżeli z grubsza wiedział, o czym w środku, że żadna bomba strasznej treści w kopercie nie tyka. Rozkładał z zażenowaniem ręce nad tą swoją fobią, jedną z wielu.      A ktoś, kto pakował mi przesyłkę, zrobił to pieczołowicie. Szary (beżowy) papier z odzysku, bo z zagniotami, zgrabnie zaklejony. Obiecujący gruby kwadrat. Ciężar luby.

A co się wyłania spod szarego papieru? Srebrno-czarna ilustracja na ostatniej stronie okładki. 
W porządku, suspens mnie samą przyprawia już o łomot serca. Oto mój własny egzemplarz W Nieparyżu i gdzie indziej Anny Kamieńskiej z 1967 roku, ilustracje J…

Jeszcze jeden mazur(ek) dzisiaj

Obraz
Nie umiem robić sernika, więc na Wielkanoc robię mazurki. W tym roku trzy. Okrągły, do krojenia trójkątów, blacha prostokąta i malutkie jajo - z nadmiarowego ciasta. 
Drzewo wiadomości dobrego i złego rodziło marcepanowe owoce. Rosło w trawie płonącej morelowym ogniem. A z rajskiego nieba kapał kajmak. Dodam, że marcypan TE rączki wyrabiały! Te same, które stukają w klawiaturę.







  Mazurek numer dwa jest czekoladowy, inkrustowany marcepanem, jako też hiszpańską morelą, płatkiem kalifornijskiego migdała i węgierską śliwką. Internacjonalny.Made by Jola












Jola stwierdziła, że ten wygląda jak zdobiony ziemniaczanym piure. Jest to jednak czysty marcypan, zarówno powierzchnia, jak i ozdobny karbowany rant. U podstawy śliwka, na szczycie morela. W środku rozmaitości, jak widać.












A do poczytania mam dziś Miesiąc niedziel Johna Updike. Alleluja!

Tytułem wstępu do Pirxa

A cóż ja znalazłam, robiąc porządek w papierach (nie wiadomo który raz), wykaligrafowane kiedyś tam piórem na papyrze: Czemuż zwodzicie nas nieustannie Przez lata świetlne, przepaści otchłanne Tworząc (rozmiary czcicie - złe to nawyki) Imperia większe niż galaktyki Skoro i tak to, co czytamy, Jest takie samo, jak to, co już znamy -  - stare, znoszone, ziemskie historie O szpiegach, oszustach, miłości i wojnie, Co dziać by się mogły bez żadnej różnicy Tu w moim domu, lub na mej ulicy? Pasuje do Lema jak ulał. Marek Oramus nazwał Pirxa Lemowym Sherlockiem Holmesem. Kto jest autorem wierszyka-narzekania na pisarzy science fiction? Będzie podpowiedź do zagadki: Bri.      Znalazłam też numer Nowej Fantastyki z 1991 roku, za 10000zł, a w numerze George R. R. Martin: Mgły odpływają o świcie :D Jakie filmy były na topie? Trelińskiego Pożegnanie jesieni, dwójka Predatora.

Zamiast

Obraz
Zamiast postu o Lemie, który tkwi sobie w roboczych, to wydłużając się, to kurcząc, a na pisanie którego po porządkach świątecznych nie mam siły, będzie dalszy ciąg ikejowskich pomysłów na książki. Dziś nie tylko Marquez, którego Jesień patriarchy można sobie na przykład przeczytać dwa razy, za każdym razem brudząc nowy egzemplarz:

    Jakość zdjęć tradycyjnie już mocno średnia, ale odkąd przy podlewaniu kwiatków zalałam fotoapparat, robię zdjęcia aparatem telefonicznym. Sympatycznie dziś było w salonie, w którym rządził regał Hemnes. Rozparł się, szarobrązowy - lite drewno, naturalne w dotyku - ściany pokoju, proszę was, bordowe, a na półkach... orgia kolorów! Okładki bordo, w kolorze zgaszonej róży, karminowe. Ja rozumiem. U mnie też czasami zielone Morderstwo w La Scali stało sobie obok zielonej płóciennej Powieści o róży. Choć powinno na przykład obok wstrętnie różowego Nionia. No ale ciekawe, dokąd poszły u nich książki żółte czy szpinakowozielone. 



    Jeśli nie posiada się, l…