ŻABEK I ROPUCH Arnold Lobel i Wojciech Mann

     "Przyjdź mnie obudzić gdzieś tak wpół do czerwca"
                                                                     Ropuch

Uwielbiam kiedy ktoś czyta mi na głos. Bajki przez telefon. Tłuste albo pikantne kawałki prozy. Wiersze, baśnie. Nic lepiej od dobrego lektora nie pokazuje, jak smaczna jest książka. Jednak nawet wtedy, kiedy lektor nie przytłacza sobą tekstu, "słyszę" dominuje nad "rozumiem". Audiobooki lubię tylko we fragmentach. 
     Ale właśnie dlatego, że głośne czytanie nie oznacza wyłącznie przyswajania historii, książki dziecięce wciąż są u nas czytane na głos. Z pragmatycznych względów robić tego nie musimy, bo umiejętność samodzielnego czytania przyszła Wojtkowi wcześnie. Ekspresowo, bo na początku pierwszej klasy, zaczęło się intymne czytanie ciche. Teraz głośne czytanie jest teatrem, smakowaniem tekstu, bliskością. Nie wyręczaliśmy się audiobookami, bo tak naprawdę nigdy "nie zaskoczyły". Do teraz, czyli do Żabka i Ropucha (opowiadań teoretycznie już nie na ten wiek i nie na te umiejętności...)   
     Zdarzyło mi się już tutaj zachwycać opowiadaniami Arnolda Lobela. Fifne, mówiąc po poznańsku. Dobrze skonstruowane, krótkie, a jednocześnie pomysłowe, pozwalają wpaść w przytulny świat dwójki przyjaciół. Pyszni są. Marudny, nieśmiały Ropuch i gadatliwy optymista Żabek. Pierwszy raczej pasywny, drugi spełnia się w działaniu. 
     Wbrew fabularnej i stylistycznej prostocie, to całkiem bogate teksty, które pozwolą pokazać kilkuletniemu dziecku, jak różnorodnie i subtelnie działa literatura! Bo humor rodzi się tu w co najmniej dwóch miejscach: w środku zabawnej historii i między tekstami, czyli w zderzeniu charakterów Żabka i Ropucha, które dziecko w miarę czytania coraz lepiej poznaje. Nie tylko humor, ale i czułość. No i esencja przyjaźni czyli nienachalna troska plus zrozumienie dla ekscentryczności i słabostek. Polecam je trzy-czterolatkom, ale ze względu na prostotę tekstu i wielką czcionkę - także początkującym czytelnikom samodzielnym. Zaś audiobook zawiera wszystkie teksty z czterech zbiorków opowiadań do tej pory wypuszczonych przez Wydawnictwo Literackie. Głos Wojciecha Manna. Tak, kochani, ten cudowny radiowy głos, z którym dorastaliśmy, soczysty bas z głębi ziemi. 

 

     
     Mann jako lektor ma to, co cenię: jest wyrazisty, a zarazem nie popada w autoparodię, angażując się w tekst. Biorąc pod uwagę charakterystyczność tego głosu, byłoby to bardzo łatwe. Czyta lekko niedbale, nasyca głos śmiechem i kpiną; indywidualizuje postaci: Żabek jest "jaśniejszy", Ropuch oczywiście bardziej mrukliwy; Mann ładnie otwiera opowiadania i, lekko mrucząc, je zamyka. Niestety, czasem ten mroczny bas gubi końcówki wyrazów - zastanawiam się, czy dla maleńkiego słuchacza mogłoby to być istotnym utrudnieniem...  
     Sprawiły nam radość te opowiadania. Słuchane wiele razy relaksowały. Książka ma tę przewagę, że zawiesić można oko na rysuneczkach Lobela, ale... za to cena audiobooka wielce umiarkowana, biorąc pod uwagę zawartość (i medialne trąby zwiastujące ustawę o jednolitej cenie książki!). 

autor: Arnold Lobel
tytuł: Żabek i Ropuch
przekład: Wojciech Mann
czyta: Wojciech Mann
czas trwania: 1h 15min
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
rok wydania: 2017
 
      

Komentarze

  1. Zawsze kiedy mowa o audiobookach, piszę że mam z nimi problem. Przyswajam jedynie słuchane z chłopakami w samochodzie dziecięco-młodzieżowe audio :) Przy dorosłych po paru akapitach odpływam i dopiero kiedy przypomnę sobie, że trzeba słuchać, wracam. Trzy rozdziały dalej :P Ale ja nie o tym.
    Lektor. Rzecz kluczowa. Najlepiej mniej niż bardziej ekspresyjny i taki, który nie stara się ponad siły, żeby tekst udoskonalić sobą. Słuchamy teraz "Koloru magii" w czytaniu pana Krzysztofa Tyńca i za każdym kiedy słyszę Timona, trafia mnie gwałtowny szlag. Już nie mówiąc o tym, że żaden z głosów podkładanych przez lektora nie pasuje mi do wyobrażeń postaci. Z tym, że to już moja wina :) Jak tylko skończymy (bo panowie nie dadzą wyłączyć), to jako odtrutkę posłucham "Dzieci ..." ożywione głosem Kobiety Pracującej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Aktorzy, których uwielbiam na ekranie albo w teatrze (Peszek!), ze względu na tę (nad)ekspresję źle wypadają jako lektorzy. I tak jak kogoś czytającego mi na głos mogę słuchać dłużej, to audiobook zwyczajnie odpada - nie łapię wówczas historii. Niedawno próbowałam przejść przez superprodukcję "Lśnienie", ale Jack Torrance mnie zwyczajnie wnerwiał. Tak przecież popularnych audiobooków ze stajni Jungowskiej słuchać nie mogę. A dzieci to uwielbiają.
      Nie czytam komiksów (w sensie - serii w zeszytach, bo pojedyncza opowieść już cieszy) i nie słucham audiobooków - to dwa typy odbioru historii nieco poza moim zasięgiem.

      Usuń
    2. A ja akurat Pippi czytaną przez panią Edytę dosyć lubię, bo jej chropowato zawadiacki głos ładnie mi się zgrywa z moim wyobrażeniem bohaterki Lindgren. Wychodzi na to, że obrazy bohaterów, które nosimy w głowach, mają wpływ na odbiór audiobooków :P
      Jest jeszcze kwestia czytania książek przez samych autorów. Tu też bywa bardzo różnie. O ile z przyjemnością wysłuchałem "Cafe Museum" Roberta Makłowicza, tak jakiś inny autor (nie pomnę już kto), lepiej by został przy samym pisaniu :)
      Komiksy w zeszytach - proszę bardzo. Przy audiobookach odpływam myślą. Co dziwne, którędyś ten tekst musi się do głowy przez uszy, nawet bez udziału świadomości, dostawać, bo z "Księcia mgły" Zafona, sączonego wspaniałym głosem Piotra Fronczewskiego, pamiętam o wiele więcej niż z niejednej przeczytanej książki. A zasadniczo nie słuchałem go w ogóle :P

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Skarby! Skarby! Abner Graboff CO POTRAFIĄ KOTY?, BYŁA RAZ STARSZA PANI

Juliusz, Joanna, Zygmunt, czyli jak mszczą się poeci

Walking on broken glass Lustrzana tom 2. Zaginieni z Księżycowa