ULRICH HUB cz.1

 Pamiętam mój pierwszy kontakt z prozą Ulricha Huba. To było, ho ho, dwanaście lat temu, gdy O ósmej na arce w 2010 roku, trzy lata po niemieckiej premierze, wydało poznańskie Media Rodzina. Wielka przyjemność rozpisana na nieco ponad sześćdziesiąt esencjonalnych stron. I wielkie niedowierzanie: to można tak pisać dla dzieci?! To ktoś w Polsce odważa się wydać apokryficzną opowieść, w której stworzenie bez bojaźni rozważa atrybuty Stworzyciela, z tak cudownie nieprawomyślnym zakończeniem? Rynek książek dla dzieci dopiero się nam rozpędzał. Moim skromnym księgarskim dokonaniem było wówczas wciskanie tej opowieści każdemu, komu mogłam ja polecić. Czy muszę dodawać, że wracali po więcej Huba? 





Więcej (bo trzy z czterech wydanych w Niemczech) tekstów Ulricha Huba dostaliśmy, gdy zainteresowały się nim Dwie Siostry**: O ósmej na arce (2007, il. Jorg Muhle, polski przekład Anny Gamroth, 2021), Ostatnia owca (2018, il. Jorg Muhle, przekład Anny Gamroth), Lisy nie kłamią (2012, il. Heike Drewelow, przeł. Eliza Pieciul-Karmińska 2022) i Kulawa kaczka i ślepa kura (2021, il. Jorg Muhle, przeł. Eliza Pieciul-Karmińska). 

Wbrew modzie na tasiemce (o grzeszna przyjemności immersji!) Hub raczej tnie i cyzeluje niż piętrzy strony. W wywiadach Autor przyznaje, że swoje niewielkie objętościowo opowieści redaguje starannie, za mistrzynię precyzji mając Astrid Lindgren. Ale jest też człowiekiem teatru, autorem sztuk i reżyserem (O ósmej na arce najpierw było przecież sztuką teatralną! Lisy też zagościły na teatralnych deskach!), dlatego nie znajdziemy u niego epickiej rozlewności.

Twórcę współczesnych form teatralnych rozpoznajemy w Hubie po tym, w jakiej przestrzeni umieszcza bohaterów: miejsca u niemieckiego pisarza szkicowane są precyzyjnie i zarazem umownie. Mały czytelnik nie ma w nie wsiąknąć, ani się w nich wygodnie umościć. Bo przeważnie jest to przestrzeń podróży, niezakorzenienia, mniej lub bardziej dyskomfortowa. Albo pustka śniegu i lodu, lodu i śniegu plus niewygoda arki Noego, albo poimprezowy chaos Betlejem, lub też niemiejsce - lotnisko, albo nawet przestrzeń zapośredniczona w cudzej opowieści. W takich lokacjach wszystko jest wyraźniejsze: pytania filozoficzne, bełkot miałkich słów, no i... mocniej szamoczą się nerwice. Autor stawia na bohaterów, relacje między nimi, eksponuje dialogi, narrację ogranicza do minimum. Niebywale precyzyjnie operuje słowem, czy to mieszcząc w niemal każdym dialogu pingwinów ważką kwestię etyczną, czy też nakazując bohaterom Lisy nie kłamią wypowiadać kwestie bełkotliwe, pozbawione znaczenia, za to doskonale ich charakteryzujące. Na dodatek wywoływane kwestie zderzają się ze sobą i wzajemnie się oświetlają.

No i teraz czujemy wszyscy, że odeszliśmy raczej daleko od zabawnych i kojących zwierzątek z przedsennych opowieści, za to może odbyliśmy podróż w czasie, do klasyki literatury dziecięcej, z której wyglądają do nas neurotyczny Królik ze Stumilowego Lasu czy Ropuch z Ropuszego Dworu. Do czasów, gdy literaci (i czytelnicy) nie roztrząsali jeszcze gorączkowo, co też może przyprawić dziecko o traumę. 

Dlaczego zwierzęta - z tym pytaniem Hub mierzy się często. Twierdzi, że temu, kto zamiast ludzi umieszcza w opowieści zwierzęta, uchodzi więcej. Lokuje się tym samym w długiej tradycji literackiej satyry, i - zarazem - w ciągu współczesnych opowieści terapeutycznych. Ale też bajek zwierzęcych, czyli opowieści, w których bohater jest nośnikiem jednej cechy. Hub wychodzi od tradycji chytrych lisów i głupio gadatliwych gęsi, ale iście ekspresowo zawodzi oczekiwania: doprowadza przypisane bohaterom cechy cechy do absurdu, a na dodatek nieustannie zderza komizm z tragizmem. Jest nam żal i trochę się brzydzimy pryncypialnego Psa. Czujemy złość na Lisa, ale też podziw dla mistrza manipulacji, no i może również wdzięczność za to, że umożliwił wszystkim wyzwalające złamanie reguł? Zastanawiamy się, czy więcej wybaczylibyśmy neurotycznej kaczce czy apodyktycznej kurze... Tragikomiczni, czasami odstręczający bohaterowie, których trzeba dosłownie przepracować, przetrawić, to ogromny atut opowieści Huba. Bo w istocie redukcja bohatera do jednej dominującej cechy stała się antywalorem wielu współczesnych książek dla dzieci.

To są, gdyby mocno zredukować, opowieści o przyjaźni. I o zwierzętach. Ale na tej samej zasadzie powiedzieć można, że "Czarodziejska góra" jest opowieścią o przyjaźni, a orwellowski "1984" opowieścią o miłości. Zaś "Folwark zwierzęcy" jest rzeczywiście o zwierzętach :D W istocie Hub jest jak Umberto Eco: możesz bawić się doskonale czytając "Imię róży" jako kryminał, ale możesz też roztrząsać, czy bardzo heretycki był Adso z Melku w zakończeniu powieści. Możesz czytać "Kulawą kaczkę i ślepą kurę" jak słodkogorzką opowieść drogi, ale możesz też zobaczyć, ile zawdzięcza teatrowi absurdu. 

Wkrótce ciąg dalszy!

 


 


  

 

 

 

 


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wywietrzyć wietrznicę, oświetlić świecka - "Paskudki słowiańskie"

Juliusz, Joanna, Zygmunt, czyli jak mszczą się poeci

Esencja dojrzewania - "Pasztety do boju" Clementine Beauvais