poniedziałek, 15 sierpnia 2016

PELIKAN Leeny Krohn - moje stado, twoje stado

                                                                                                                                      
Ah, look at all the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?

     Gdy przeczytałam Pelikana krótko po tym, gdy został wydany pierwszy raz, to jest mniej więcej osiem lat temu, poza siermiężnymi książkami z kartonu należącymi do pewnego malucha i wspomnieniami własnych lektur dziecięcych, nie miałam nic, do czego mogłabym odnieść pisanie fińskiej autorki Leeny Krohn.
     Tak bardzo nie pasowała do moich wyobrażeń o literaturze dziecięcej, że powstało pytanie: jak bardzo trzeba ufać dzieciom, żeby dawać im coś tak... nieoczywistego. Z moich doświadczeń z literaturą dla dzieci wynikało, że dorosły, który pisze książkę dla niedorosłego i mówi ustami narratora, wie, jaki jest świat. Wie, jak się w nim poruszać i co robić, by było dobrze. Może w książce nie powie tego od razu, udając, że pozwala bohaterowi błądzić i wybierać, ale zasadniczo wie co nieco o egzystencji.  






     A tu Autorka zaczyna od zdziwienia, a im dalej w las (raczej w miasto), tym częściej do zdziwień dochodzą wątpliwości, smutek gęstnieje. Inaczej niż zwykle w książkach dla dzieci, gdy prędziutko zmierzamy ku rozjaśnieniu i ukojeniu, a samotność przedstawiana jest jako choroba społecznie nieprzystosowanych nieudaczników. Urzekło mnie coś jeszcze: Leena Krohn pisze językiem, który dziwi się rzeczom, a niektóre rzeczy nazywa na nowo. Bo też i historia tego wymaga.
     W wielkim mieście mieszka Emil. W przeciwieństwie do promiennego Smalandczyka Astrid Lindgren, ten Emil jest raczej smutny. Coś pękło i nie daje się skleić: rodzice rozstali się, więc zamiast rodziny i dotychczasowego wiejskiego domu jest mieszkanie w obcym mieście, którego Emil i mama nie są w stanie wypełnić. 
     Ale chyba tylko w wielkim mieście, gdzie ludzie zaledwie ślizgają się po sobie wzrokiem, możliwe jest coś takiego: uwagę Emila przykuwa dziwny pan Hyyryläinen. Bliższe oględziny pozwalają stwierdzić, że to nie człowiek, ale ptak udający człowieka. Pelikan. Zdemaskowany Hyyryläinen-ptak prosi Emila, żeby nauczył go czytać i pisać. I opowiada przy okazji o swej nieprzytomnej fascynacji ludźmi, która skłoniła go do porzucenia własnego stada.




     Pelikan dziwi się ludziom i zachwyca nimi. Pięć palców - jakie fantastyczne narzędzie! A przedmioty? A domy? A język? Muzyka, teatr, film? Wszystko wspaniałe! Ktoś (pełen wątpliwości) już odmówił podobną litanię do człowieka:

Jak doskonałym tworem jest człowiek!
Jak wielkim przez rozum!
Jak niewyczerpanym w swych zdolnościach!
Jak szlachetnym postawą i w poruszeniach!
Czynami podobnym do anioła,
pojętnością zbliżonym do bóstwa!
Ozdobą on i zaszczytem świata.
Arcytypem wszech jestestw!   

     A co nas - dla innych - określa? Ubranie-dokumenty-pieniądze-praca-mieszkanie. Konwencje. Przyzwyczajenia. Stereotypy. Ludzie w mieście nie przyglądają się sobie zbyt pilnie, toteż pelikan ukradzionym nazwiskiem i ubraniem przykryje ptasiość i uchodzić będzie po prostu za brzydkiego ekscentryka. Praca? Najpierw w zamian za ryby opiekować się będzie dzieckiem, bo przecież w poprzednim życiu był troskliwym ojcem (ale czy mężczyzna może dobrze zająć się dzieckiem?). Potem dostanie pracę w operze i ulegnie ludzkiej pasji do tworzenia muzyki. Niestety, wczyta się również w codzienne gazety...
     A tymczasem Emil złamie się i złoży na nowo. Pojedzie do ojca. Pozna koleżankę i dostrzeże, że ma ona ciało. Zauważy starość mamy. Więzy rodzinne, seksualność, przemijanie, każda z tych rzeczy jest filarem bytu w ludzkim stadzie. Leena Krohn nie opowiada o zwycięstwach ludzkiego bohatera. Raczej - uczciwie - o podejmowaniu prób rozumienia i działania.



   
     Niby znany to motyw literacki w dorosłej literaturze - ustawić lustro człowiekowi i kazać mu oglądać siebie, dziwić się sobie, może sobą przestraszyć. Ale dzieciom i do tego w taki sposób opowiadać o ludzkim stadzie, w które trudno wrosnąć? Dojrzałego czytelnika trzeba dla tej książki. Trzynastolatka, mniej więcej, do tego z zapleczem książek pogodnych, które się łyknie dla równowagi. Ale Pelikana mieć warto - kto wie, jakie działanie może mieć książka? Może otworzy na jakiegoś Hyyryläinena? Bo jedna rzecz jest rozstrzygalna i wspaniale zaakcentowana - lojalność przyjaźni.
     Warto mieć książkę choćby dla ptasiego bohatera, brzydko-niezdarnego, porywająco delikatnego i wrażliwego. Dla jego rozmów z Emilem, nasyconych subtelnym humorem. Zabawne, przypomniał mi się Książę Myszkin z Idioty Dostojewskiego. Też wytrącał ludzi z komfortu "po prostu bycia", bezinteresownie obdarzał czułością i oferował wsparcie, jak pan Hyyryläinen. 
     Czytam Pelikana na nowo, mając za sobą wiele książek dla dzieci. Nadal dziwi, a co ważniejsze - w dalszym ciągu zachwyca. Po powtórnej lekturze widzę, że ogołociłabym opowieść z kilku sztambuchowych okrągłych zdań, by ten surowy, prosty język brzmiał krystalicznie czysto. Natomiast są fragmenty - jak opis stanu zakochania - które czytałam po kilka razy. Z przyjemnością poszukam teraz wydanych u nas opowiadań Leeny Krohn, tym razem bezapelacyjnie dla dorosłych. Tainaron. Listy z innego miasta się to nazywa i jest fantastyką.


na koniec-koniec kilka rzeczy:
a) poprzednie wydanie miało krój pisma, który zwracał na siebie uwagę. Lubiłam go...
b) ciekawam, co po fińsku znaczy "Hyyryläinen", lokator? Czy w oryginale jest to nazwisko mówiące, Pani Tłumaczko? 
c) fragment Hamleta użyty został przez Wojciecha Kilara w pieśni - ilustracji muzycznej do fragmentu filmu Tydzień z życia mężczyzny. Znajdziecie go na ninateka.pl http://ninateka.pl/kolekcje/kilar/audio/jak-doskonalym-tworem-jest-czlowiek-temat-z-filmu-tydzien-z-zycia-mezczyzny
d)  cytat na początku pochodzi oczywiście z piosenki Eleanor Rigby z albumu Revolver grupy The Beatles - jednej z najbardziej poruszających piosenek o samotności; ciekawostka - 5 sierpnia 2016 roku temu minęło dokładnie pięćdziesiąt lat od dnia premiery tego albumu; łaskawej uwadze państwa polecam Beatlesów L.S. Christensena - Czytanki-przytulanki, i jak? :) a gdyby ktoś chciał posmucić się:



 



autor: Leena Krohn
tytuł: Pelikan. Opowieść z miasta 
ilustracje: Manuel Blasquez
przekład: Iwona Kosmowska
wydawnictwo: Dwie Siostry 
rok wydania: 2016 (pierwsze wydanie: 2008)
      
      
     
     


        



poniedziałek, 18 lipca 2016

WOJNA Gro Dahle i Kai Dahle Nyhus

     Lipiec pachnie, deszczy, grzeje, kurzy się, smakuje czereśniami i porzeczką. Książkowy przyjemny koktajl: Sen sów Sosnowskiego, Sanato Szczygielskiego, Beatlesi Christensena. W pierwszej i ostatniej książce - chłopiec i tajemnice dojrzewania. Magia kołyszącego się na plecach dziewczęcego warkocza.    
      Jeśli o dziewczętach mowa, kiedyś pisałam tu o Grzecznej Gro Dahle (tekst) i Sveina Nyhusa (ilustracje). Wielokrotnie i prestiżowo nagradzane norweskie małżeństwo robi książki w najlepszym znaczeniu interwencyjne. Podsuwają narzędzia do zwerbalizowania rzeczy bolesnych, wstydliwych lub strasznych, które robimy i które nam się przytrafiają. Dlaczego rozmawiać o tym z dziećmi? Bo, jak powiedział Erich Kastner małym czytelnikom w Mani czy Ani, myśląc o rozwodzie: jeśli się jednak pozwala, aby dzieci (z tego powodu) cierpiały, to jest rzeczą nazbyt subtelną i poza tym niesłuszną - nie rozmawiać z nimi o tych sprawach jasno i zrozumiale.
W Polsce książki Norwegów wydaje EneDueRabe. Książki-pośrednicy  powstają w konkretnym celu, a jasno określony temat i podporządkowane im środki wyrazu sprawiają, że używa się ich raczej niż czyta dla relaksu lub poznania. Nie relaks, a oczyszczenie i samopoznanie są ich celem. Miarą ich - skuteczność. Wojnę zrobiły matka-pisarka Gro Dahle i jej córka-rysowniczka Kaia Dahle Nyhus. Tekst starszej Dahle boli, obrazy Dahle młodszej przytłaczają brzydotą kolorów i kształtów. Wojna jest o rozwodzie.  
   
      
    
     Pierwsze kartkowanie i pierwsza intuicja: długa. 
   Kolejna rzecz, ważniejsza: od zawsze w książkach współtworzonych przez Gro Dahle czytelnik przyjmuje perspektywę dziecka. Pomyślelibyście, że kłótnie rodziców tak bardzo je ranią? że - czułe jak sejsmograf - widzi ono i ZAPAMIĘTUJE raniące słowa i gesty, które w jego pamięci wyświetlać się będą wielokrotnie, nawet gdy kłótnia już się skończy?
  Rozwód rodziców przybiera postać wojny. Tą metaforą mała Inga może ogarnąć wszystko, co się dookoła niej dzieje. Są dwie strony i nieustanne bitwy, są uchodźcy - dzieci rzucane z domu do domu, ich dobytek jeździ z nimi w walizce. Inga staje się szpiegiem swej mamy - patrzącym na tatę zupełnie nowymi oczyma. Musi wybrać jedną ze stron/racji, a nie chce. Nadal jest córką obojga rodziców, nawet jeśli oni małżeństwem nie są.

     
     Co gorsza, Inga czuje się odpowiedzialna za to, co się stało. Długo pielęgnuje poczucie, że zepsute da się naprawić i że to właśnie ona ma moc, by to zrobić. Najpierw działa na pełnych obrotach: nagle dojrzalsza, opiekuje się młodszymi braćmi. Nie płacze - twardzielka? A potem przestaje jeść - przez brak apetytu i dlatego, że ma nadzieję, iż ten protest zaalarmuje rodziców i znów poskłada ich na chwilę w troszcząca się o siebie rodzinę. Na wojnie są też rany, i to nie tylko mentalne (kłębowisko pazurzastych i gryzących obrazów), ale rany całkiem dosłowne, zadawane w ciemności pokoju, paradoksalnie - żeby mniej bolało.

 
     

     Bolesna, drastyczna książka. Kiedy w sytuacji rozwodu byłby na nią dobry moment? I dla kogo jest bardziej - dla dziecka? Dla dziecka i rodzica, jednego z drugim? Dla pary terapeuta - pacjent? Czy właściwie dla samego rodzica, żeby umożliwić mu na wgląd w dziecięcą głowę i pomóc rozpoznać pewne stany? To właśnie robi książka obu pań Dahle: wyzwala słowa. Mamy w języku słowo "oswoić" Uderzyło mnie jego znaczeniowe piękno O-swoić, czyli otoczyć sobą, do obcości siebie domieszać, żeby złagodzić, przełknąć. Tu oswajanie jest osłowieniem, mozołem małża, otaczającego sobą ziarno, które nie pozwala mu żyć. Ale przejście tej drogi owocuje rozwiązaniem.



  

autor: Gro Dahle
tytuł: Wojna
ilustracje: Kaia Dahle Nyhus
przekład: Paweł Urbanik
wydawnictwo: EneDueRabe
rok wydania: 2015
wiek: wedle potrzeby, +/- 7 lat
 

piątek, 1 lipca 2016

PIĘCIU NIEUDANYCH Beatrice Alemagna

     Skończyła się szkolna urawniłowka, a w wakacje niby mamy kontakt z tymi, co chcemy. Czy to koniec porównywania się i bycia porównywanym przynajmniej na jakiś czas?
   Wywołuję z imienia bohaterów ukochanych opowieści kumpelskich. Ci najbliżsi nie byli Superbohaterami. Siedmiu wspaniałych? A skąd. Kilku Nie-. Nie...ustraszonych? Nie...pokonanych?  Wrong way. Nieudanych!*. Miś durny i łakomy, osiołek czarnowidz, królik zrzęda, prosiaczek o nogach trzęsących się jak galareta z pierwszej w życiu książki. Nieudaczni jak Edki, jak bohaterowie Wojny cukierkowej. Wreszcie jak mistrzowska Straszna piątka Wolfa Erlbrucha. Tak się jakoś dzieje, że gdy kilku pospolitych frajerów łączy się w drużynę, wytwarza się wartość nadrzędna. Z kimś identyfikować się trzeba (bezpiecznie z większością). Nieprzystawanie do reszty - kto o nim orzeka? Ten co zwykle, jakiś społeczny prorok z metrem w oczach. Czasem i proroka nie potrzeba, przecież lustra są wszędzie**. Wyrok lustra: za chudy, za gruby, zbyt wolny, niekobieca, dziwadło, ślamazara...



   

     Beatrice Alemagna zrobiła książkę niedługą, nie bardzo w sumie skomplikowaną, która jednak ujmuje mnie bezczelnością: tak bardzo jej postaci są wbrew przekonaniom o tym, KTO MA PRAWO przebywać w dziecięcych książeczkach jako główny bohater (a więc ten, któremu należy się najwięcej uwagi i sympatii). Bohaterowie Pięciu Nieudanych, czyli Dziurawy, Złożony-Na-Pół, Sflaczały, Postawiony-Na-Głowie, Felerny, mieszkają w wielkim koślawym domu, który w każdej chwili mógł runąć.



     Jak się nad tym dobrze zastanowić, Dwie Siostry uwielbiają takich, co są lekko na bakier. Przejrzyjcie ich książki - czysta kpina z doskonałości, ze wzoru, z porządku! O, nie martwmy się, książeczka jest życiowa i za kilka stron Wielki Mierniczy dosięgnie bohaterów. Mistrzowski jest ten jego foch w kontakcie z odmiennością, somatyczna wręcz odraza, jaką czuje w kontakcie z nieudanymi...




     Jak to możliwe, że istoty bezsprzecznie odbiegające od normy nie żyją z nieustannym poczuciem winy? Nie kryją się, jak Acharaje wiecznie zapłakani w głębinach ziemi? Nie starają się dopasować? Ba, nie dość, że nie kryją się ze swoim nieudacznictwem, to jeszcze z niego żartują, przekrzykując się, czyja wada jest bardziej dotkliwa! Na propozycję wprowadzenia planu na życie reagują krnąbrną wesołością. 
     Bo niby dlaczego ktoś nadęty ma być punktem odniesienia? 
     A gdyby spróbować wady przekuć w zalety?


     
     Za co tak bardzo lubimy nieudanych bohaterów? Może za figę pokazaną normie. Ich zwycięstwa to nasze zwycięstwa. Ich odwaga nam się udziela. Marzymy o takiej lojalności, jaka ich łączy i o bezwarunkowej akceptacji,  którą sobie wypracowali, o luzie i spokoju. Nie szukają wybiegów, żeby móc być sobą. Śmieszni, weseli, niespięci, piekielnie rozczulający...  
     Seria "Polecone z zagranicy" to dwusiostrzane niedługie opowieści, rozmaite w nastroju. Ta akurat - krzepi. Nie jak cukier, tylko jak uścisk. 


tekst i obraz: Beatrice Alemagna
tytuł: Pięciu nieudanych
seria: Polecone z zagranicy
przekład:  Ewa Nicewicz-Staszowska
wydawnictwo: Dwie Siostry
rok wydania: 2015

*Jak Siedmiu Frajerów z To Stephena Kinga: Ben - tłuścioch, Bill - jąkała, Stan - Żyd, Bev - bezczelnie ładna chłopczyca, Richie - okularnik, Eddie - astmatyk, Mike - czarnoskóry
** jeszcze prawdziwa apologia frajerstwa, cudowna Little Miss Sunshine!