Posty

MAMO, A DLACZEGO? Moniki Krauze

Obraz
Zacne jest wydawnictwo Multico. Dawno temu polubiłam je za dwutomowy atlas ptaków Kruszewicza z płytami zawierającymi odgłosy pierzastych. Teraz z bogatej, ale czasem koniunkturalnej (nic w tym nagannego) oferty najbardziej cenię przyrodnicze księgi Tomasza Samojlika, zwłaszcza jego fantastyczną blok-książkę aktywnościową O rety! Zabawy małych przyrodników i niedrogie a bardzo interesujące zeszyty edukacyjne Młody Obserwator Przyrody. Chapsiki wiedzy zręcznie podanej, działają ręce i głowa (ach, te pergaminowe strony do odkalkowania rysunku!).      Bardzo sympatyczna była seria popularnonaukowych opowieści Wojciecha Mikołuszki w konwencji ojcowskich odpowiedzi na pytania dzieci wynikające w trakcie zdarzeń życia codziennego. Ilustrował je, a jakże, Tomasz Samojlik. Monika Krauze w Mamo, a dlaczego? zrobiła feministyczną wersję tych pogadanek. Autor-kobieta, mama jako objaśniacz, sześcioletnia Zuzka jako słuchacz (oraz Albert, jej dwunastoletni brat). Jasno, klarownie, interesując…

Każdy dzień to Dzień Psa. Zapchlony kundel, Raptus, Pies jest miłością

Obraz
Czerwiec roztopił się w lipiec. W letnim popołudniu ogrodu słyszę brzęczenie owadów i całkiem żwawe ćwierkoty ptaków. Milczą za to zmęczone upałem okoliczne psy i koty. Koty mamy bardzo gadatliwe, ale wiedzą, że w upał nie ma potrzeby strzępić języka. Wystarczy podnieść łepek i zerknąć raz na jakiś czas. Jesteś. Jestem.       Najmłodsza literatura nie tyle nadaje zwierzętom cechy ludzkie, ile całkowicie odbiera im psiość czy kociość, robiąc z nich figury ludzkich zachowań. Pieski i kotki, biedronki, ptaszki, prosięta, rzadziej wilki czy liski nie istnieją same dla siebie, tylko przy okazji człowieka. Na dobre i złe przyprawiamy im słodki pyszczek i biada, jeśli nie zechcą go nosić*. Och, wiemy dobrze, że na początku życia poznajemy nieznane poprzez znane i żeby pokochać, musimy przybliżyć, ale tendencja jest taka, że i późnodziecięco-młodzieżowa literatura antropomorfizuje na potęgę. Z tej przyczyny cieszą mnie historie o zwierzętach, gdzie autorzy starają się z umiarem zarządza…

ROK, W KTÓRYM NAUCZYŁAM SIĘ KŁAMAĆ Lauren Wolk - What has been seen...

Obraz
Koniec dzieciństwa wiąże się z kosztowaniem owoców z drzewa poznania. Od zawsze próbuje się trwałości reguł, zakazo-nakazów, ale w pewnym momencie do małego człowieka dotrze ich umowny charakter i to, że ŚWIADOMIE można wybrać niegodziwość, a wtedy niekoniecznie dla sprawcy otworzy się piekło. Moralność stanie się zatem zbiorem precedensów. Zaistnieją rzeczy – nieodwracalne - których nikt nie będzie umiał naprawić. Nieopisanym wstrząsem będzie spostrzeżenie, że być głodnym miłości nie zakłada, iż się miłość dostanie. Serce pęknie i nikomu nie będzie się chciało go skleić. Ech, czarne te wizje dorosłości, kto chciałby dorastać do czegoś takiego.   


      Ale kiedy czytałam opowieść Lauren Wolk, przypomniało mi się różnopostaciowe zakaźne zło z „Ciemno, prawie noc”. W powieści Bator najbardziej wstrząsający był fatalizm: zło rodzi zło, a ci którzy niegdyś byli ofiarami, z precyzją godną dobrze nakręconego mechanizmu, a nie ludzkiej duszy podatnej na powiewy wszelakie, z duż…

GDZIE JEST LODZIARZ Zuzanna Fruba

Obraz
O lody, lody dzieciństwa! Bambino z patyka, rodzinne kasaty od lodziarza (w komplecie z oranżadą z tytki), włoskie lody kupowane w niedzielę przed mszą (na spółę z kuzynem, z przeliczaniem na ile porcji starczy, z poprawką, ze ręce tylko dwie i z odjęciem monety na ofiarę) lub po mszy, kiedy do okienka ustawiała się długa kolejka. Akurat teraz furorę robią lodziarnie tradycyjne, zwane też jakdawniej. Ten językowy wytrych reklamowy odkluczyć ma czas dzieciństwa, a może też i PRL, wpuścić nas do czasów, w których lody były niebiańskie. Z tym, że dawniej u lodziarza były trzy smaki (biały, brązowy i różowy), rabarbar, porto i beza nie konweniowały z lodami, o maskarpone nie słyszał zupełnie nikt, za to zimne przysmaki powstawały ze śmietany, żółtek, cukru, bo z czegóż by innego.   

Robi się ciepło - połowa maja. Tata w piwnicy znów myje kajak, a mama, wietrząc kocyk plażowy, wybija molom pikniki z głowy.
I niby wszystko jest jak co roku,  tylko ta cisza budzi niepokój.
     Zuzanna Fruba s…

Esencja dojrzewania - "Pasztety do boju" Clementine Beauvais

Obraz
Sprawdziłam sobie: powieściowe Bourg-en-Bresse istnieje, ma nieco ponad 42 tysiące mieszkańców, w tej chwili jest tam bezchmurne 30 stopni Celsjusza, a więc trochę  gorąco na podróż do Paryża rowerami, zresztą już po 14 lipca... Ale trasa malownicza. Ruszamy.  Ta książka nieoczekiwanie rozpromieniła mi osobistą pochorobową rekonwalescencję. Wprawiła brzuch w dygot śmiechu, przeczyściła przewody łzowe, sprawiła, że nabrałam apetytu na wędrówkę i dobre jedzenie, no i... wywołała czułość w stosunku do mnie samej sprzed dwudziestu lat. Z (para)rowerowych opowieści lubię oczywiście Trio z Belleville. A Francuzi do rowerowych czelendży mają stosunek osobliwy, co zauważył Roland Barthes w Mitologiach. Francuska do szpiku kości, trochę poezja, a trochę agitka, ta powieść. Ale mam miłe poczucie, że Clementine Beauvais napisała dobrą historię, a nie tylko zdiagnozowała dojrzewanie dziewcząt, wyjątkowo dziś bolesne. Tę książkę przepaja myśl o oku oglądającym świat, ujawniająca się na różnych, m…

ŻABEK I ROPUCH Arnold Lobel i Wojciech Mann

Obraz
"Przyjdź mnie obudzić gdzieś tak wpół do czerwca"                                                                      Ropuch
Uwielbiam kiedy ktoś czyta mi na głos. Bajki przez telefon. Tłuste albo pikantne kawałki prozy. Wiersze, baśnie. Nic lepiej od dobrego lektora nie pokazuje, jak smaczna jest książka. Jednak nawet wtedy, kiedy lektor nie przytłacza sobą tekstu, "słyszę" dominuje nad "rozumiem". Audiobooki lubię tylko we fragmentach.       Ale właśnie dlatego, że głośne czytanie nie oznacza wyłącznie przyswajania historii, książki dziecięce wciąż są u nas czytane na głos. Z pragmatycznych względów robić tego nie musimy, bo umiejętność samodzielnego czytania przyszła Wojtkowi wcześnie. Ekspresowo, bo na początku pierwszej klasy, zaczęło się intymne czytanie ciche. Teraz głośne czytanie jest teatrem, smakowaniem tekstu, bliskością. Nie wyręczaliśmy się audiobookami, bo tak naprawdę nigdy "nie zaskoczyły". Do teraz, czyli do Żabka i Ropu…

52 TYGODNIE Anne Crausaz

Obraz
Mam przed sobą 52 tygodnie Szwajcarki Anne Crausaz z Widnokręgu. W oryginale zatytułowane po prostu "L'oiseau sur la branche" czyli Ptak na gałęzi. Na 52 rozkładówkach mamy identyczny kadr: konar i cieńsze gałązki jabłoni. W tej monotonii, podobnie jak w projektach artystycznych, gdzie aparat lub sztalugi ustawiano zawsze w tym samym miejscu, oczywiście jest zamysł - uchwycić zmianę. 52 tygodnie, czyli rok. Każdego dnia inna pogoda, inny ptak i zmieniająca się jabłonka.



     Kiedy wertuję internet i oglądam książki publikowane przez Crausaz, uderza mnie, że one przeważnie dotyczą przyrody. Ujmowanej w charakterystycznie uproszczone, zgeometryzowane kształty, w płaskie plamy koloru z "syntetycznym" cieniowaniem. Nie ma realistycznego dziergania lotek, czułego cieniowania puszystych piórek na piersi, jak w Ilustrowanym inwentarzu ptaków czy Animalium. To sprawia, że książka w pierwszym odbiorze może się jawić jako ładna, ale taką aseptyczną urodą. Od razu…