piątek, 23 września 2016

MLECZAK Katarzyny Wasilkowskiej

     Zastanawialiście się kiedyś, ile lat mógł mieć Piotruś Pan? On sam nie wiedział. Pewną wskazówką jest zdanie z powieści: "a najbardziej zachwycające w nim było to, że miał wszystkie mleczne zęby". 
     Najwidoczniej wypadanie mleczaków jest pierwszym sygnałem zmiany, przed którą trzeba się bronić! No bo to już z górki, człowieku. Jak pójdziesz na kompromis i pozwolisz, żeby wypadł jeden, to za chwilę będziesz miał jedynki jak łopaty, pójdziesz do szkoły, potem zaczniesz na siebie zarabiać, i zamiast czytać książki, będziesz je pisał, albo, o zgrozo, recenzował! Prrr. Wróćmy do momentu, kiedy ząb zaczyna się ruszać - literatura ma tu coś do powiedzenia. 



    U Katarzyny Wasilkowskiej trwogę związaną z zębem przeżywa niejaki Marcyś. Lekko satyryczne opowiadanie Mleczak to rodzinna scenka rozpisana na trzy głosy: Marcysia panikującego w związku z perspektywą usunięcia rozchwianego mleczaka, rzeczowej mamy i ojca zza gazety. Mówię: głosy, bo Wasilkowska z zadziorną dokładnością "rejestruje" wypowiedzi i zachowania. Zdrobnienie "Marcyś" niby słodkie, a jakie brawurowe sztuki z zębem on nam tu, proszę państwa, pokazuje! Dowiadujemy się, że Marcyś ma najlepiej wygimnastykowanego mleczaka ze wszystkich chłopaków i że potrafi go położyć całkiem na leżąco - o, tak. Albo w bok - o, tak.  Dziecko z ruszającym się zębem targuje się z rodzicami, rodzice tłumaczą, co się dzieje i perswadują, ono histeryzuje, oni się niecierpliwią. Nie grzeb w paszczy. Wyrwij w końcu. No ale jak to: bez gazu rozweselającego?! A co z wróżką zębuszką? 




     Opowiadanie akurat na czas wypadających zębów - bo wytłumaczy, co się dzieje w ustach pięcio-sześciolatków. Ale pomijając ten edukacyjny walor, jest to oryginalny, dobrze skonstruowany kawałek komicznej literatury, oddający falowanie sił w domowym układzie mama-tato-dziecko! Zębowy temat ciągnie się w O tym, jak mama szukała mleczaka, co prawda mniej komicznie, a bardziej lirycznie i psychoanalitycznie...
     Sugestywny opis świtu nad morzem. Mama idzie brzegiem i potyka się o kamień, na którym siedzi ślimak. Jest niespokojna, bo gdzieś zapodziała mleczny ząb synka, a przecież obiecała mu wizytę wróżki zębuszki. Wdaje się w rozmowę ze ślimakiem, który nie tylko o stopach i hodowaniu pereł wie dużo, ale i o kompetentnych wróżkach... Spokojnie, to sen. Pełen trosk i zabawnych obsesji, przyniesionych do niego z jawy. Opowiadanie przynosi nieczęsty obraz zatroskanej mamy, której dopiero senny terapeuta daje prawo do odprężenia się, odczuwania spokoju i przyjemności. Zabawny kontekst to pozaopowiadaniowa, ale znana wszystkim, senna symbolika zębów - to zawsze jakaś troska jest.




     Urocze są te opowiadania zestawione razem: jedno nieco satyryczne, drugie liryczne. Wyjąwszy kilka mniej zręcznych sformułowań, są taką dziecięcą literaturą, która wyrasta bardziej z przyjemności snucia historii, a nie z powinności, z chęci komunikowania się z młodym czytelnikiem, a nie komunikowania jemu czegoś. Ilustracje Anny Gensler są trochę za słodkie i jakkolwiek dotyczą tekstów, bo wizualnie odwzorowują poszczególne sceny, to - mam wrażenie - unoszą się nad tekstem. Pewnie sprawią przyjemność małym oczom, ale dla tych słów życzyłabym sobie czegoś bardziej drapieżnego.
     Przy okazji - seria "Poduszkowce" z Literatury od jakiegoś czasu jest w większym formacie. Rozumiem chęć wyróżnienia wielkością wydawniczej serii dla młodszych dzieci, ale mniejsze książki to intymność... 

autor: Katarzyna Wasilkowska
tytuł: Mleczak
ilustracje:
Anna Gensler
seria: Poduszkowce
wydawnictwo: Literatura
rok wydania: 2016





wtorek, 13 września 2016

GRUFFALO Julii Donaldson i Axela Schefflera - Gruffalo, wybieram cię!


    Mam przed sobą Gruffalo, książkę, która od chwili wydania w 1999 roku sprzedała się w dziesiątkach milionów egzemplarzy, wydawana była jako kartonówka i na miękkim papierze, zrobiono z niej film i przedstawienie teatralne. W internecie nadal działa strona, na której kilkulatki mogą wykonać proste zadania w stylu "złóż z części własnego potwora", jest link do sklepu z gruffalopamiątkami, jest nawet przekierowanie do strony oferującej wykonanie gruffalowych przekąsek. Z pierścienia gadżetów, które krążyły wokół Gruffalo, wybrałabym jedynie wersję audio z cudownym głosem Imeldy Staunton - raz aksamitnie kojącym, za chwilę wiedźmim skrzekiem. 




      Co ciekawe, autorka tekstu, Julia Donaldson, napisała wiele innych opowieści, nierzadko z ilustratorskim towarzyszeniem Axela Schefflera, o czym ze swadą pisała Panna Swawolna. A cóż takiego ma w sobie Gruffalo, że wszyscy go chcą? W oryginale Gruffalo to imię zarazem mówiące i brzmiące (gruff - gburowaty, opryskliwy), należy je czytać specjalnym głosem i mocno marszczyć twarz, żeby wywarczeć odpowiednio dużo grozy. A dlaczego właściwie ma brzmieć? Bo to imię-straszak. Ma moc
     Idącą przez las mysz zaczepiają kolejne leśne oprychy, dwuznacznie wabiąc ją do siebie na ucztę, na której miałaby siedzieć nie PRZY stole lecz NA nim. Ona wymiguje się, twierdząc, że czeka na nią kumpel, straszliwy Gruffalo. Rozpoznaje paskudne intencje lisa, węża oraz sowy i błyskotliwie odpłaca im, wzbudzając strach przed lisożernym Gruffalo, Gruffalo wcinającym węże ze szczypiorkiem (w polskim przekładzie) i Gruffalo połykaczem sów. Strach przeciw strachowi? A macie, duraki.




     Jedynie myszka dokładnie wie, jak ten arcypotwór wygląda: szpony, kły, pomarańczowe oczy, fioletowe kolce na grzbiecie i tak dalej. Za każdym razem, gdy uda się jej odstraszyć agresora, chełpi się, że potwór z jej imaginacjii działa na myszożerców! Ale czy mając tak potężną wyobraźnię samemu można być bezpiecznym? A co by było, gdyby kły i pazury, czarny jęzor i płomieniste oczy oblekły się w futro i stanęły przed nią? 
     Nasza myszka to klasyczny baśniowy bohater. Pochodzi z takiego lasu, do którego dzieci z rozkoszą i grozą podróżują, żeby przeżyć w głowie przygodę i sprawdzić się, nie robiąc sobie krzywdy. Trzykrotnie staje wobec silniejszych fizycznie przeciwników i pokonuje ich sprytem - a starcie siły z przemyślnością to przecież sedno baśni. A kiedy nadejdzie czas próby największej i będzie musiała zmierzyć się z chimerą z własnej wyobraźni - użyje tej samej broni - rozumu. 




     Opowieść Donaldson ma kompozycję lustrzaną, poddaną baśniowemu rytmowi powtórzeń i odpowiedników - dziecko nie tylko o myszce słucha, ale myszką się staje i wie, że pewną drogę razem z nią musi przejść Emocje falują od napięcia i strachu po ulgę. I już widzę ten wspaniały błysk zrozumienia, kiedy pojmie, co mianowicie mięsożercy mieli na myśli, nalegając na jej udział w uczcie! 
     Michał Rusinek, który opowieść przełożył, miał niełatwe zadanie oddania prostych, melodyjnych dwuwierszy, w które Donaldson ją ujęła. Zmienne metrum wiersza sygnalizuje, co prawda, przejścia z partii narracyjnych do dialogów albo monologu wewnętrznego myszki, ale niestety, przekombinowany tekst jest dość trudny do głośnego czytania. Mamy tu językowe fidrygałki w rodzaju "kolce rosną mu dookoła" - trudno to sobie wyobrazić, a tak Rusinek oddał "all over his back". Zręcznie za to rozładowuje napięcie wesołością - urzeka mnie ten wąż ze szczypiorkiem.
     I wiecie, w sumie ten Gruffalo funkcjonuje jako dobroduszny pieszczoch. Czy nie tak kończą bajkowe potwory, że w końcu zaczynają bawić, że traktujemy je pobłażliwie? Pewnie przyczynił się do tego Axel Scheffler, autor zwalistej postaci, co nie wygląda na zwinną, paszczy pełnej zębów raczej krowich niż wilczych i kolorowego lasu, w którym wzrok ucieka do motyla czy muchomora. Nie ukrywam - dowcipny i mądry tekst podoba mi się daleko bardziej niż obraz...
     A już wkrótce rozstrzygać będziemy ważką kwestię: czy potwory miewają własne potwory? 


autor: Julia Donaldson
tytuł: Gruffalo
ilustracje:
Axel Scheffler
przekład: Michał Rusinek
wydawnictwo: EneDueRabe
rok wydania: 2016 (wydanie drugie)   
wiek: +/-3
      
     





    
    
     

poniedziałek, 5 września 2016

ŻUBR POMPIK Tomasza Samojlika - puszcza w duszy hula!

     Pompika pani nie zna?! - usłyszałam kiedyś od sympatycznego ojca czytającego książki z dwójką swych dzieci. No doprawdy... Tyle serdecznego niedowierzania było w głosie rodzica, że wszedł mi na ambicję. Co prawda nie Żubr Pompik, ale Bartnik Ignat wpadł mi wówczas w ręce, ale, co tu kryć, ten komiks zaczarował.  
     Tomasz Samojlik - pisarz, twórca komiksów i picturebooków, autorskich książek przyrodniczych, ilustrator cudzych treści, ojciec dzieciom w jednej osobie, jest jednocześnie poważnym naukowcem, pracującym w Instytucie Biologii Ssaków PAN. Naukowo interesują go historyczne związki człowieka z Puszczą Białowieską. Warto nadmienić, że człowiek rzadko jest pierwszoplanowym bohaterem samojlikowych książek dla dzieci, a jeszcze rzadziej jest w nich postacią pozytywną! Za to jego destrukcyjne działania są punktem zapalnym kilku historii.
 
    
     
     Na tym tle opowieści o żubrze Pompiku to bezludzka idylla. Dosłownie zapominamy, że dwunożny ssak gdzieś tam jest i właśnie ustanawia prawa zezwalające na niszczenie Puszczy Białowieskiej. W Pompiku nie ma nawet śladu buta leśnika czy turysty. A jednak dziecko-czytelnik puszczę poznaje gruntownie - od środka, oczyma głównego bohatera, małoletniego żuberka. Puszcza jest domem Pompika oraz wielu zwierząt dużych i małych, w środowisku swym misternie połączonych w ekosystem.
      Mimo że człowieka w opowieści nie ma, to treści puszczańskie przefiltrowane są przez pojęcia i uczucia w jakie kilkulatek zamyka świat. Pięknie przedstawione relacje rodzinne, a przede wszystkim urocze puenty opowiadań są ludzkodziecięce. Tacy uczłowieczeni bohaterowie zdobędą serca cztero-siedmioletnich czytelników. A ponieważ Samojlik równie pilnie jak przyrodę obserwuje ludzkie dzieciaki, dzięki tym czułym mikroobserwacjom historie trafiają do przekonania. Niejeden rodzic rzewnie się uśmiechnie, czytając o tuleniu się do rodziców w strachu przed burzą, o zabawie w cofanie się po własnych śniegowych śladach, albo o wybrzydzaniu przy jedzeniu siana. A jeśli matczyna słodycz żubrzycy Porady oraz cierpliwość starszego Pompika wobec młodszej Polinki będą miały moc perswazyjną... tym lepiej. Perswazję w takiej formie kupuję!




     Bardzo mnie rozczula Pompik, fizycznie słabszy i mniejszy, jako że urodził się później niż inne żubrzątka. Jest za to refleksyjny i ciekaw świata, na własną rękę (raciczke) buszuje po okolicy i stopniowo rozszerza znany świat poza rodzinę i przytulną Żubrzą Polanę. Po jakimś czasie do rodziny dołącza Polinka, młodsza siostrzyczka. On, bystry jak ludzki sześciolatek, lubi łazić z nią po puszczy, pokazywać jej nowe rzeczy, nieco się popisywać. Ona, szelmowska i dziewczęca, podziwia go jak rozczulająco zapatrzona w starszego brata czterolatka, bo jest wszechwiedzący, a do tego opiekuńczy.


     Ale gdyby bohaterowie byli bez reszty uczłowieczeni, Pompik nie wyróżniałby się  niczym szczególnym na półce z dziecięcymi książkami. Ot, byłaby to jeszcze jedna produkcja pisarza, który instrumentalnie traktuje zwierzęta, ucząc dzieci wyłącznie o ludzkich sprawach. A tu widzimy jasno, że ciekawość żuberka jest ciekawością wszystkich szczeniąt badających świat, ludzkich i nieludzkich, wilczek to wilk in spe, a łoś nawet z melancholią pozostaje puszczańskim zwierzem, smętnymi rykami wołającym samicę. Nawet jeśli zwierzęta rozmawiają ze sobą, to przede wszystkim o własnych zwierzęcych sprawach
     W Puszczy jesteśmy przez okrągły rok, na co wskazują tytuły kolejnych tomów: Tropy na śniegu, Zapach wiosny, Letni zmierzch i Kolory jesieni (w planach wznowienie w Media Rodzinie). I w każdym z opowiadań niezmordowana żubrza ciekawość napotyka kolejne zagadki. Dziwne kopce w ziemi. Nowe zapachy w powietrzu. Poroże, które zgubił jeleń. Wąż, który udaje nieżywego. Ryjówki, które wędrują rzędem, i trzymają w pyszczkach ogony poprzedników by się nie zgubić we mgle. Stukanie, ale raz jest to STUK, STUK, raz CAK, CAK, a innym razem TATAT, TATAT, a co ciekawe, wytwarza je ten sam leśny stukacz!
     
    
     Samojlik umie z wdziękiem połączyć to, co ze świata ludzi i wiedzę przyrodniczą: brak apetytu Pompika, który na przedwiośniu nie chce już jeść siana i próbuje przysmaków innych zwierząt, jest pretekstem do wywołania tematu mięso- i roślinożerców. A kiedy żuberek spotyka małego wilka, to częstują się wzajemnie wiedzą, którą im w darze przekazali rodzice – by jeden na drugiego uważał.
     Jakkolwiek informacji jest dużo, to Samojlik fantastycznie nimi operuje. Opowiadania są nieprzegadane, zabawne, niezbyt długie. Nigdzie nie widać niezręcznego wtłaczania wiedzy w struktury literackie, bohaterowie nie bywają pretekstowi. Charakterystycznych rysunków (nie zapominajmy, że Tomasz Samojlik nazywa siebie komiksiarzem) jest akurat tyle, że oko ma na czym zawisnąć podczas lektury. Choć uproszczone, trafiają w sedno sytuacji. Mnóstwo tu słów i spraw, które kilkulatek mimochodem poprzez historię przyswoi - założę się, że sprawniej niż niejeden podstawówkowicz te same informacje z podręcznika do przyrody!    
     No polecam ze wszystkich sił swych, bo podbił moje serce ten żuberek i ferajna. Takie pisanie nie wprost, niemniej skutecznie, nauczy szacunku do zwierząt - przez pieczołowitość i czułość, z jaką Samojlik traktuje temat. A dorośli, którzy będą chcieli puszczańskie tematy pociągnąć i jednocześnie podrzucić coś domowym nastolatkom, zanurzyć się mogą we wznowionej niedawno fantastycznej Sadze Puszczy Białowieskiej Simony Kossak z Marginesów. Nie mogę się oprzeć:


autor tekstu i obrazu: Tomasz Samojlik
tytuł: Żubr Pompik. Tropy na sniegu, Żubr Pompik. Zapach wiosny, Żubr Pompik. Letni zmierzch
seria: Żubr Pompik
wydawnictwo: Media Rodzina
rok wydania: 2016
wiek: +/- 5