poniedziałek, 5 grudnia 2016

PAX Sara Pennypacker

       Peter to chłopiec, a Pax to lis. Chłopiec ma lisa, a lis ma chłopca. Zastrzygliście uchem? Znamy takie literackie pary zwierzoludzkie, co siebie wzajemnie miały? Jeśli przypomniał się wam Mały książę*, to jest trop właściwy, bo na ten tytuł powołuje się blurb (przy okazji: co to jest "nowoczesna klasyka"?). Między Peterem a Paxem zadzierzgnęły się te pięknosmutne więzy, o których mówił Księciu Lis, tłumacząc mu, co znaczy "oswoić". Będziesz już zawsze odpowiedzialny za to, co oswoisz. Będziesz tym bardziej, jeśli oswojone stworzenie ojciec nakazał wypuścić do lasu przed przeprowadzką do dziadka, a ono nigdy nie żyło na wolności. 



     To taki męski świat u Sary Pennypacker. Syn, ojciec i dziadek. Kiedy umarła matka Petera, zamknięty w rozpaczy chłopiec szczęśliwie przygarnął lisa. Ojciec pozostał z pustką, więc kiedy nadeszła wojna, zaciągnął się do armii, a Petera oddał pod opiekę dziadkowi. Chłopiec prędko zrozumiał, jakim błędem było zostawienie jedynej bliskiej istoty na pewną śmierć, więc wyruszył w drogę powrotną do domu. Zaraz na początku podróży zranił się w nogę i wylądował pod opieką nieufnej dziwaczki Voli. Przyszło mu spędzić u niej trochę czasu, a prędko okazało się, że tak samo on potrzebuje jej, jak ona jego. Narracje przeplatają się, raz patrzymy oczyma chłopca, za chwilę schodzimy do poziomu Paxa. 




     W tym momencie akcja zostaje opóźniona - autorka mocno ryzykuje, serwując młodym czytelnikowi tego rodzaju zabieg. Bo jakże, my spieszymy się i niecierpliwimy razem z Peterem, a on siedzi u jakiejś baby, i gada, gada, wykonuje nieznaczące czynności, zamiast PODĄŻAĆ DO LISA!** Mała Czcionka, która ową zwłokę dostrzegła, oceniła ją jako poważną skazę kompozycyjną. Dla mnie to opóźnienie bohatera/czytelnika jest sensownym zabiegiem - ostatecznie właśnie podczas pobytu u Voli ktoś uświadamia chłopcu, jak to jest być częścią ludzkiego stada (choćby przyjmować pomoc i samemu pomagać). Natomiast lis właśnie wtedy odkrywa, gdzie przynależy. To wówczas pytamy, gdzie jest dom Petera i czym jest dom w ogóle. 





     Kiedy w literaturze pojawia się tego rodzaju zwierzocentryczna narracja, w gruncie rzeczy służy temu, żeby obejrzeć człowieka z zewnątrz. I przeważnie jest pretekstem, by ponarzekać. Owe diagnozy Autorki bardzo odkrywcze nie są, ale pamiętajmy, że dla młodszego nastolatka będą nowością. Autorka napisała powieść ubogą w szczegóły pozwalające umieścić ją w konkretnym "gdzie" i "kiedy". Oczywiście chodziło o zuniwersalizowanie historii, zrobienie z niej pojemnej przypowieści. I tak, jak u Saint-Exupery'ego, narrację wypełnia mnóstwo szczegółów znaczących: rozmów, podsumowań, obrazów. Co ważne, historia zwierzęca i ludzka misternie splecione są "odpowiednikami": nieufność i akceptacja w stadzie zwierząt i w stadzie ludzi, skaleczona noga człowieka i skaleczona noga lisa, itp. Wszystkie te zabiegi byłyby cenne, gdyby nie przesada Autorki w serwowaniu dzieciom prawd i maksym - myślowej gotowizny, do której powinno się raczej dochodzić samemu. Trochę za wiele tych odautorskich reflektorów niedyskretnie oświetlających rzeczy ważne. Jedno dobitne zdanie "Powinno się mówić prawdę o tym, jaka jest cena wojny" byłoby perłą. 


 
     Piekielnie wzruszające jest za to "cielesne" spojrzenie lisa na ukochanego chłopca i na świat w ogóle. I po tej części historii (zmysły, nie symbole) Pennypacker porusza się z wielką gracją, bo to, co dotyczy lisów, lśni naturalnością i wdziękiem. Dużo wyraźniej wypada tu "krzywda" i "szacunek".  To tutaj bez groźby odrzucenia wyraża się czułość i troskę. Nie przeszkadzają uczłowieczenia (ostatecznie to powieść, nie narracja popularnonaukowa). Słowo o ilustracjach Klassena. Śliczna okładka to paleta kolorów charakterystyczna dla niego. Środek - czerń i biel. Mało wyraziste na papierze, w internecie te ilustracje prezentują się znacznie lepiej. Czy zrobią cokolwiek z odbiorcą? Nie jestem w stanie orzec. Ale lubię tę, na której widać Petera zza krat. Pardon, zza płotu.
     Podsumowując: ambicja stworzenia surowej przypowieści lekko zwichnięta przez... przeładowanie znamionujące niewiarę w młodego czytelnika; wątek chłopca i Voli obiecujący, ale w rezultacie mniej przekonujący niż pięknie rozwinięty wątek lisa/lisów. Gdyby nie blurb zresztą, nie byłoby zestawiania Paxa z klarownością Saint-Exupery'ego.   

  
      Wytrzymaliście do końca? Więc obowiązkowo dorosły kontekst, coś o mylącym blurbie i jednocześnie słowo o narracji z punktu widzenia zwierzęcia. Tak się złożyło, że niedawno przeczytałam powieść Rój Laline Paull. Jest interesującą mieszanką uczłowieczeń i wiedzy o pszczołach: fizjologia jako ideologia plus skrajna hierarchiczność ula, religijna nomenklatura użyta po to, żeby oddać podległość pszczoły względem roju i zestawione z tym losy pszczoły-indywidualistki. Zdziwiły mnie nie te recenzje, w których zarzucano Paull zbytnie uczłowieczanie bohaterów, a opinie zgoła przeciwne w krytyce, w których jej historię uznano jedynie za mało odkrywczą analizę życia miażdżącej jednostkę społeczności totalitarnej, czyli właściwie potraktowano jak nadmiernie rozbudowaną alegorię. Ignorując pracowicie przez kilkaset stron przekazywane piękno i zachwyt. Może nie byłoby tego, gdyby nie hasło "Orwell XXI wieku"?
     Tak, jest różnica między świadomością, że tworząc narracje z udziałem nie-ludzi, spoglądamy mimo wszystko z ludzkiego punktu widzenia, a upartym redukowaniem zainteresowań do znanego - własnych potrzeb i odruchów. Jeden wątek na pewno łączy Rój Laline Paull i Pax Sary Pennypacker: apokaliptyczny wątek zapachu, który rozprzestrzenia się razem z ludźmi, a zwierzętom zwiastuje zagładę... 


* a jeśli przypomniał się Pettson i Findus, to zdradzę, że Pax, tak jak Findus, nazwany został od "opakowania" w którym został przyniesiony do domu... 
** igranie z oczekiwaniami czytelników zdarza się raczej w dorosłej literaturze (między innymi za taki twórczy zawód niedawno pokochałam Małego przyjaciela Donny Tartt)


autor: Sara Pennypacker
tytuł: Pax
ilustracje:
Jon Klassen
przekład: Dorota Dziewońska
wydawnictwo: IUVI
rok wydania: 2016
wiek: +/- 11

 

poniedziałek, 28 listopada 2016

SŁOŃ W AUTOBUSIE? Patricia Cleveland-Peck

     Zastanawiacie się czasami, mając w ręku książkę, jak współpracują pisarz i ilustrator? Albo jak wyglądałby tekst inaczej zilustrowany? Oglądam ilustracje Davida Tazzymana do Słonia w autobusie i uśmiecham się. Prawdopodobnie to Patricia Cleveland-Peck przyniosła do wydawnictwa pomysł na książkę, czyli swoje rymowanki (których zilustrowanie następnie zlecono Tazzymanowi), ale format, tekst w tle i sugestywne ilustracje na całą rozkładówkę sprawiają, że tę książkę przede wszystkim się widzi.




     Słoń w autobusie to jest zbiór trzynastu krótkich rymowanek-przypuszczanek, zestawiających razem zwierzęta i środki lokomocji, do których się pchają albo które prowadzą. Cóż, dziecko, które ma złapać dowcip, musi co nieco wiedzieć o rozmiarach i usposobieniu (dzikich) zwierząt oraz o tym, jak funkcjonuje ten czy inny pojazd. Bo humor rymowanek bierze się właśnie z zaskoczenia, tym wyraźniejszego, że wyrażanego w kulturalnych ochach i achach. Które to zaskoczenie demonstrowane jest w pytaniu z pierwszej linijki:
Czy ten wieloryb mknie na rowerze?!
Widzisz to, bratku? Powiedz mi szczerze!
Czy taka jazda to nie zagadka,
Skoro się nie ma nóg ani zadka?      
     Płetwy foki prowadzącej taksówkę. Nieskładalna szyja żyrafy przebijająca dach samolotu. Pręgowany tygrys w pociągu. Hipopotam szczelnie wypełniający balon. Czyli zwierzęce szaleństwa i psoty pośród niczego nie podejrzewających i zaskoczonych ludzi, a dowcip robi ten króciutki błysk rozpoznania, kiedy do głowy dociera kompletne niedopasowanie. Rzeszę niezadowolonych, a żwawych zwierząt gdzieś trzeba upchnąć. No więc będzie też puenta. I można w wyobraźni rozwinąć sytuację w dowolnym kierunku:
Tygrys bengalski jedzie w ekspresie?
Pomyśl o krzyku, pomyśl o stresie!
Pomyśl o ludziach drzemiących słodko...
Tygrys to żwawe zwierzątko, złotko.

     Jak napisałam wcześniej,  to krechy Tazzymana widzi dziecko. Karykaturalnie wykrzywione paszcze i twarze, drobne zabawne szczegóły obok zasadniczej treści ilustracji: bilet na końcu chwytnej słoniowej trąby, laska staruszka z kolejki pasażerów, stukająca słonia w szary zad i ochraniacze na wszystkich czterech raciczkach usportowionej świnki. Ta niechlujna prostota i łączenie kreski i płaszczyzn o graficznej fakturze mocno przypomina mi technikę Lauren Child od Charliego i Loli. To pomysły bardziej fantastyczne niż cyrkowe, no i przyznać trzeba, że niezbyt skomplikowany tekstowo i wizualnie humor. Ale chichot krzepi. A poza tym książka może być pretekstem do własnej radosnej twórczości - ożywczo nonsensownej.




     A jeśli zwrócicie uwagę na wyklejkę, zobaczycie bilety londyńskiej komunikacji publicznej z różnych czasów. Zaś ponadto kiedy wpiszemy w wyszukiwarkę hasło elephant on bus wyskoczy nam takie cuś:




autor: Patricia Cleveland-Peck
tytuł: Słoń w autobusie? (You Can't Take en Elephant on a Bus)
ilustracje: David Tazzyman
przekład: Lucyna Wierzbowska
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2016
wiek: +/- 4

niedziela, 20 listopada 2016

POPPINTROKOWIE.OPOWIADANIA Z MAGIĄ I DRESZCZEM Joanny Olech

     Listopad, miesiąc deszczy i dreszczy. Dreszcze lubimy, ale lekturowe.  Serce załomotało, a potwór nie zranił? Bo tak to właśnie wygląda: my na zewnątrz, a potwór w środku, zatrzaskujemy za nim okładkę. Ciekawa byłam, jak Joanna Olech, ekspertka od racjonalizmu i ciętego humoru, poradzi sobie dreszczami w swoich Poppintrokach. Opowiadaniach z magią i dreszczem. Jako wielbicielka literatury grozy wiem, że niełatwo opowiedzieć historię, która zawiesi niewiarę, złapie za gardło i dopiero na koniec puści, zostawiając czytelnika z uczuciem ulgi.  Obiecują dreszcze? Cóż, zobaczymy.
     Większość opowiadań z tomu startuje ze sprawdzonego, a świetnego punktu, który można nazwać "tuż obok": szkoła, dom, miejski autobus. Wychodzimy od tego, co bezpieczne, a dreszcze zaczynają się w momencie, gdy realność zaczyna się wykoślawiać. 


Anna Wielbut zrobiła tę książkę na czarno-czerwono-biało.Wampiryczne kolory :)


     Szkoła - czy znamy bezpieczniejsze miejsce? Opiekuńczy nauczyciele, nieustanna czujna bliskość kolegów i koleżanek... Witaj, Carrie! Przecież właśnie w szkole spotykamy dzioby i pazury, które potrafią śnić się jeszcze po dwudziestu latach. Podobnie, jak w znakomitej school story Stephena Kinga, w Lamusach, jeszcze wyraźniej w Anyżkowych bliźniakach i Parasolnikach, widać, że rzeczywisty potwór to namacalny jak piącha na plecach (szkolny) dręczyciel. I, jak u króla horroru, metafizycznym aktem sprawiedliwości jest pojawienie się nadnaturalnych sił, (kiedy osamotniony bohater już sobie nie radzi). 
     W Lamusach krzepiący jest wątek "odnalezienia się" dwójki freaków, elektrycznego "nowego" i kujonicy-czarownicy, poprzez internetowy czat. Ujmuje próba mówienia drapieżnym językiem młodzieży, ale... winyle "The Clash"? Mam wrażenie, że to hobby nie dla nastoletnich lamusów, a dla kasiastych hipsterów. Nadmienię, że "The Clash", do tego przegrywane na kasetę, jako swoisty kod pokolenia czterdziestolatków, mignęło ostatnio w sympatycznym horrorze Stranger Things... 





     W Anyżkowych bliźniakach satysfakcja ze szczęśliwego końca nie jest równoważona przez dramatyzm i grozę środka historii, za to "terapeutyczna" funkcja grozy jest bardziej niż wyraźna. Jąkała Kornel terroryzowany przez Igora i jego kolegów, zmuszony jest do pójścia nocą na cmentarz. Tam napotyka przedziwnych harcerzy, Melanię i Melchiora, którzy mu pomagają, za to dręczycieli coś piekielnie przestrasza... Czarująco melancholijny to był pomysł, ale nie wiem, czy dla współczesnej młodzieży czytelny: harcerze, którzy aż za grób ponieśli swoją "misję". No i grozy, mimo cmentarza i duchów, mało. 



  
       Wątek radzenia sobie przy pomocy zaziemskich sił pojawia się też w dowcipnej Musze. Udani są zjadliwi obyczajowo Parasolnicy, tu powraca motyw "odpłaty", w którą angażują się paranormalne siły. Oryginalne jest to, że czytelnik spogląda oczyma nastoletnich prześladowców, dotkliwie ukaranych przez parę staruszków, ale i to, że Olech spróbowała sensualnie oddać kontrast między starością i młodością. Niezłym opowiadaniem jest Magik, przywołujący fantastyczny wątek nieuprawnionej obecności zwyczajnych bohaterów na zgromadzeniu nieziemskich istot. Napięcie budowane stopniowo, wytrącenie z realności, poczucie dziwności - a fabularnie przekłada się to na turniej magów z zamieszaną weń dwójką dzieciaków i psem nagle obdarzonym głosem.




     Biorąc pod uwagę, że cztery na sześć opowiadań wiąże się z paranormalną interwencją w zachowanie dzieci, należy orzec, że wyczulenie na krzywdę jest dominantą tych historii. Kto jest adresatem tych opowiadań? Skomplikowana sprawa. Brutalność szkolnych realiów, drapieżny język i szczegóły wskazywałyby na 1-2 klasę dzisiejszego gimnazjum. Dotkliwość dreszczy obliczona jednak chyba na dzieci młodsze. A fakt, że dreszcze mają głównie umoralnić, a nie sprawić przyjemność, także wskazuje na czytelnika młodszego... Naturalnym żywiołem Joanny Olech jest śmiech, nie strach. 
     A w ogóle, drodzy dorośli czytelnicy, praktykujmy hygge. Ciało zapakowane w koc, pod ręką kubek z..., a wyobraźnia bez reszty przy skutym lodem okręcie: Terror Dana Simmonsa. Albo w Hotelu Panorama. 


autor: Joanna Olech
tytuł: Poppintrokowie. Opowiadania z magią i dreszczem
ilustracje:
Anna Wielbut
wydawnictwo: Literatura
rok wydania: 2016
 
       

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...