Xanth-an gum. "Zaklęcie dla Cameleon" Piersa Anthony

    Weekend z fantasy. Miał być trzeci tom sagi Pieśń lodu i ognia Martina, a przydarzył mi się pierwszy tom ogromnego cyklu Xanth Piersa Anthony, zatytułowany Zaklęcie dla Cameleon, wydany przez Naszą Księgarnie oraz Na tropie ogra Ewy Ibbotson z "Literackiego Egmontu". O Ibbotson będzie osobno, dziś wszystkie światła na Piersa Anthony! 



     Nieco o serii. Piers Anthony dzielnie (re)produkuje świat Xanthu już od 1977 roku. Do tej pory powstało 38 tomów, z czego dwadzieścia przetłumaczono na język polski. Jak widać, można dostać Xanth w kołysce i stać się statecznym obywatelem, otrzymując po jednym tomie co rok na Gwiazdkę. 
    Najprościej, jak umiem, o fabule: Xanth to kraina przylegająca do naszego świata, ale magiczna. Wszystko, co pojawiło się w mitach i bajkach, mieszka w Xanth. Smoki, centaury, syreny. Drzewa butowe, paliwowe i dżemowe - czyli odwieczne marzenie o obfitości Kukanii. Wszyscy mieszkańcy Xanthu mają magiczne talenty, czasem drobne, jak umiejętność wywoływania niby-dziur lub obłoku smrodu, ale również wielkie - zdolność wysnucia iluzji czy transmutacji żywych istot. Napisałam, że wszyscy w Xancie są magiczni, ale właściwie nie: zarzewiem akcji jest niepewność głównego bohatera. Bink, dwudziestopięciolatek, mocno sfrustrowany seksualnym postem i życiową niepewnością, nie wie, jaki ma talent, ani nawet czy w ogóle go posiada. A ten, kto nie potrafi wylegitymować się posiadaniem najgłupszego z magicznych talentów, jest z Xanth wypędzany po przekroczeniu dwudziestego piątego roku życia. Dziwny wiek na jakąkolwiek inicjację, prawda? Bink będzie musiał więc ruszyć po radę do eksperta - czarodzieja, który objawi prawdę. Klasyczna opowieść o bohaterze, który odbywa wędrówkę, by się sprawdzić. A jako że jest to opowieść w miarę nowoczesna, to główny bohater podda próbie siebie, ale też zasady swego świata.
    Anthony nie umie ani obiecać zagadki, ani obietnicy dotrzymać - pięknie zagadki wyjaśnić. Na początku pojawia się pewien znak, przepowiednia: kameleon porwany przez jastrzębia. Funkcją  "znaku" jest wzmóc napięcie, zagęścić mrok, zasygnalizować tajemny związek między rzeczami, nakierować uwagę czytelnika na relacje między nimi. Kiedy w pierwszej części cyklu Martina pojawia się martwa samica wilkora i jej młode, z których każde przypada jednemu ze Starków, a bękartowi Jonowi wilkorze szczenię-albinos, mamy poczucie "zawiesistości" znaku, wiary bohaterów w nieludzki i nieracjonalny porządek, takiej, którą chętnie zaczynamy z nimi dzielić. I to jest fantasy! I to mi się podoba! A u Anthony'ego dostajemy mętny sygnał, że oto na kameleona/przemianę mamy zwrócić uwagę. I rzeczywiście, jest dziewczyna, a nawet trzy. I jest jastrząb, ło matko, no jest. 
    Cały Xanth jest dość nudny, i to na kilka fantazyjnych sposobów. Zasady świata magii są tłumaczone explicite, a nawet łopatologicznie. Okropne, gdy prości bohaterowie (a nie na przykład fabularni filozofowie) mówią sobie o zasadach działania swojego świata. Jeśli magia jest fizyką tej krainy, to kmiotkowie nie będą o niej dyskutować z metapoziomu :) Jeżeli bohaterowie (którzy niczego innego nie znają, nie mają punktu odniesienia w postaci niemagicznej zwyczajności) zachwycają się swoją magiczną krainą, jak czytelnik ma się w nią wtopić?*
    Dalej: jest moment, kiedy jeden z bohaterów sugeruje, iż wszystkie wydarzenia, cała skomplikowana maszyneria spotkań, bitew, wstąpień na tron, kręci się wokół specyficznego talentu Binka, innymi słowy, że nic, o czym przeczytaliśmy, nie wydarzyło się przypadkowo. Rzecz w tym, że nie mamy takiego poczucia w trakcie czytania książki; coś tam się łączy, coś się dopełnia, ale przeważnie są to po prostu zawiłe wyjaśnienia "po fakcie". Co gorsza, takie wyjaśnienie nie potęguje napięcia. Nie zachęca do sięgnięcia po kolejny tom, w którym może talent bohatera byłby rozwinięty. 
    Główny bohater jest irytujący. Trwa w stanie zawieszenia - tutaj frustracja jest usprawiedliwiona. Ale seksualna obsesja? I to z dozą szczeniackiej nieśmiałości? Żadna samica nie jest bezpieczna, a właściwie wszystkie go wabią samiczością. A kiedy już dochodzi do intymnego pożycia, kartkujemy wstecz i zapytujemy się, gdzie się ten smakowity passus ukrył i KIEDY to się niby wydarzyło? Co gorsza, zarówno bohaterowie, jak i narrator to SZ.m.ś.: kobieta nie może zostać władczynią Xanth, bo jest słaba na umyśle i nieprawa, i zmienna. Uch.
Nasza Księgarnia chwali się, że dokonała nowego tłumaczenia, pewnie by odmłodzić serię. I rzeczywiście, checowne ono jest i wyraźnie ku młodemu czytelnikowi. Szkoda, że językowo niewprawne. Całe akapity bełkotliwe. Slang młodzieżowy nie dość, że w dialogach, to - o zgrozo! - w narracji. Ale paradoksalnie to pasuje do siebie; niewprawne, młodzieńcze tłumaczenie i spóźniona adolescencja głównego bohatera, jego chichotliwe podniecanie się cycuszkami i tyłeczkami wszelkich samic. 
    Chciałabym powiedzieć, że czytelnicza sprawiedliwość skłoni mnie do złożenia obietnicy, iż sięgnę po inny tom Xanth, żeby sprawdzić, czy w ciagu dziesięcioleci autor/bohater/język/świat dojrzały trochę, ale byłaby to obietnica czcza. Anthony nie podrażnił obiecująco. Nawet nie mam ochoty spierać się z nim... 

* Za ostro i zbyt ogólnie napisane: w fantasy, w której sednem jest zderzenie światów realnego i fantastycznego, rozważania są dozwolone, ale u P.A. bohaterowie snują TASIEMCOWE dywagacje na temat swego świata. Wszystkie te rozróżnienia stworzeń magicznych i magią władających, jakieś wtręty jakby z teorii ewolucji magicznych stworzeń - ech, niespójne!

autor: Piers Anthony
tytuł: Zaklęcie dla Cameleon
seria: Xanth, tom 1
przekład: Paweł Kruk
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2012

Komentarze

  1. Bardzo dziekuje ale takze informuje ze odrobine podkradne to zdanie

    Funkcją "znaku" jest wzmóc napięcie, zagęścić mrok, zasygnalizować tajemny związek między rzeczami, nakierować uwagę czytelnika na relacje między nimi. Kiedy w pierwszej części cyklu Martina pojawia się martwa samica wilkora i jej młode, z których każde przypada jednemu ze Starków, a Jonowi, bękartowi wilkorze szczenię albinos, mamy poczucie "zawiesistości" znaku, wiary bohaterów w nieludzki i nieracjonalny porządek, takiej, którą chętnie zaczynamy z nimi dzielić.

    i znowu czegos nie doczytalem
    nieparyzu trudno cie doscignac

    OdpowiedzUsuń
  2. A jak podkradniesz, Anonimie? :-) Miło to słyszeć.

    OdpowiedzUsuń
  3. zawiesistosc zanku tak kulinarnie wiec po mojemu wrazliwe zdanie zaczepi sie w tekscie co go pisze bo jak zapomniec to: wzmóc napięcie, zagęścić mrok, zasygnalizować tajemny związek między rzeczami, nakierować uwagę czytelnika na relacje między nimi nie da sie
    wiec bede nieudolnie nasladowal
    kaleczyl kiczowo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to bardzo miło słyszeć, że się moje zdania zakorzeniaja w głowie! Może niedługo będzie więcej tego zakorzenienia w związku z jedanym konkursem...

      Usuń
  4. cokolwiek to znaczy to trzymam kciuki mocno szczerze i niech sie poznanja na nieparyzu mocno poznaja bo to naprawde bardzo dobry nieparyz

    OdpowiedzUsuń
  5. Oooo, ciekawa jestem cóż to za konkurs!:) Złe tłumaczenie położy nawet najbardziej udaną fabułę, a najlepsze nie uratuje tej złej. Drażni mnie w książkach młodzieżowych prosty, by nie powiedzieć prostacki język, taka próba bycia młodzieżowym mocno na siłę, niepotrzebne spoufalanie. Ale zawsze można wrócić do klasyki, czyż nie?:) Zaczęłam wczoraj czytać mocno reklamowane „Oro”, na razie nie mam zastrzeżeń, ale przecież im dalej w lekturę…;)

    OdpowiedzUsuń
  6. No właśnie skromny taki konkursik, nadzwyczaj skromny i jeszcze do tego zgłoszę się z przekory trochę :))

    Złota Bramo, sama się "Oro" przyglądałam, może coś napisz więcej, zachęć, co? Do klasyki sobie wróciłam (Januszewska na przykład), dotarł do mnie Nezval, którego poleciłaś, ale jeszcze nie otworzyłam.
    Z tym językiem: albo nadmiernie się upraszcza, goli z "niepotrzebnych słów" (vide "Magiczne drzewo" czy sławne "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai"), albo szpikuje książkę slangiem. A cudowną mieszaninę młodzieńczej językowej nonszalancji i poetyckości trzynastolatka miałam kilka dni temu w "Konstelacjach" Davida Mitchella. Co za książka... W sumie starsza młodzież spokojnie może sobie to smakować.

    OdpowiedzUsuń
  7. 59 years old Software Engineer III Inez Gudger, hailing from Winona enjoys watching movies like Stargate and tabletop games. Took a trip to Historic Centre of Guimarães and drives a Fox. Zobacz wiecej tutaj

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wywietrzyć wietrznicę, oświetlić świecka - "Paskudki słowiańskie"

JUŻ, JUŻ! Katarzyny Wasilkowskiej

Juliusz, Joanna, Zygmunt, czyli jak mszczą się poeci