"Oddajcie mi swoje dzieci"

     Widząc Bezsenność Jutki Doroty Combrzyńskiej-Nogali, czwartą książkę z serii, obawiałam się, że została napisana "na zamówienie". Bo może redaktorzy założyli sobie, że w dobrym skądinąd cyklu Wojny dorosłych - historie dzieci brak książki mówiącej o dzieleniu ludzi według absurdalnych kryteriów - o getcie, łódzkim getcie i straszliwej Wielkiej Szperze, której siedemdziesiątą rocznicę obchodziliśmy w tym roku. Bezsenności Jutki rozwiała te obawy, cieszę się z niej jako z pięknej książki, a nie "książki na temat".
    Jestem Jutka Cwancygier, córka Jakuba Cwancygiera i Ruth Cwancygier z domu Berg (...) wnuczka Dawida Cwancygiera i wnuczka Rebeki Kacelson i wnuczka Heleny Puławskiej... - tak przedstawia się bohaterka. Bo najpierw w życiu małego człowieka jest wysiłek budowania tożsamości, rozpoznawania się we własnym świecie. Światem była Warszawa i rodzice, a teraz jest nim Łódź, dziadek - dentysta, spracowana ciotka Estera, odgrodzone ulice i koledzy. A Łódź nagle zamieniła się w Litzmanstadt. I świat pęka na dwie części: rozdziela się na Żydów i na resztę. I tożsamość, długi ciąg przodków dotychczas z dumą wywodzony, okazuje się sprawą bardzo skomplikowaną. 

    Jutka cierpi na bezsenność, więc nocą domaga się bajek. A ponieważ ciotka Estera zbyt szybko zasypia, dostawcą opowieści staje się dziadek. Dawid Cwancygier wszystko umie: wyrywać zęby, zorganizować jedzenie, zrobić rękawiczki na pięciu drutach naraz. I zna mnóstwo historii. O labiryncie i Minotaurze, o skrzydlatych uciekinierach Dedalu i Ikarze. Wie, że smok krakowski tak naprawdę nazywał się Arie Kazimierz Wawelski, był trochę Polakiem, a trochę Żydem...
    Mały człowiek uczy się reguł, to przecież powszechne. A w getcie na znane reguły nakładają się jakieś nowe prawidła. Czarne oczy i włosy to "zły wygląd". Czeszka Jana i Polka Jutka zamieszkały obok siebie, bo Hitler zadecydował, że podstawowym kryterium rozróżniania ludzi jest żydowskie pochodzenie. Wieczorem nie można wychodzić z domu, bo można już nie wrócić. Mieć za mało lat i mieć za dużo lat to w getcie bardzo źle.  


     


     



     Dzieci uczą się, jak trwać bez ruchu godzinami i jak się ukrywać, jak bezwzględnie dochowywać sekretu. A jednocześnie nie zabito w nich beztroskiego pragnienia zabawy. Więc próbują się przyjaźnić, bawić, przeżywać najweselej, jak się da chudziutką, spłoszoną codzienność. Jak dobrze mieć zaprzyjaźnionego gawrona. Kocie futerko jest takie mięciutkie. Buzia Basi zza granicy getta rozjaśnia się dla Jutki. 
     Pisarka uchwyciła znakomicie jedną rzecz: to, jak wojenna rzeczywistość zaczyna rządzić życiem Jutki, bo inną dziewczynka powoli zapomina. I wojna staje się składową częścią doświadczenia, codziennością, a nie wyjątkową sytuacją, o której można zapomnieć. Może ptak jest samotny, bo jego rodzinę wysiedlono. Może Ikar spadł z nieba, bo zestrzelił go niemiecki strażnik. Strasznie, kiedy mały człowiek od początku życia musi uczyć się podejrzliwości
    Na szczęście jest Dawid Cwancygier i jego mądre opowieści starsze niż getto. Wspaniały jest dziadek, który pilnuje nie tylko tego, by Jutka zanadto nie zeszczuplała, ale tego, żeby wojna nie zamieszkała w niej na dobre. Dziadek, cudowny miszigene*, który dzieli się z gawronem kawałkiem chleba właśnie dlatego, żeby tym przedwojennym gestem szczodrobliwości odegnać wojnę.
    Tym, co urzeka mnie w tej książce, jest humor. Nie ma się z czego śmiać, a jednak trzeba się śmiać, bo śmiech ocala (pamiętacie Życie jest piękne Benigniego?). W tej książce wesołość nie razi, nie jest nietaktem. Humor jest czarny, ale nieustannie iskrzy między bohaterami i, co ważniejsze, w samej narracji!
- Za uratowanie królewny i uwolnienie całego miasta od złego smoka król dał Szewczykowi Dratewce... - Estera powoli odpływała w zasłużony sen. - Dał Dratewce...
- No co mu dał? - spytała natarczywie Jutka.
- Król dał Dratewce...
 - No?
- Dał mu...
- CO-MU-DAŁ? - skandowała zirytowana dziewczynka.
-  Dał mu... papierosy... ostatkiem sił wyszeptała ciotka.
- No coś ty! - Jutka nie kryła  oburzenia. - Nie papierosy, tylko królewnę za żonę! 
    A później nastała Wielka Szpera. Tytuł tej recenzji to słowa przywódcy łódzkiego getta, Chaima Rumkowskiego, proszącego Żydów, żeby dobrowolnie wydali na śmierć starców i dzieci**. Co to była Wielka Szpera? Niemcy zamierzali zlikwidować getto w Łodzi, zaś Chaim Rumkowski, przywódca getta, z nimi pertraktował. W pierwszych dniach września 1942 roku urządzono czystkę w szpitalach: chorych wyrzucano z okien na samochody, zabierano odwiedzających, mordowano lekarzy i pielęgniarki, transporty wyjeżdżały do obozu zagłady w Chełmie. 5 września na placu Strażackim Rumkowski przemówił do tłumu i obwieścił rzecz następującą: Niemcy zażadali wydania 24 tys. najmłodszych i najstarszych więźniów getta. Rumkowski, chcąc uniknąć eskalacji działań związanych z wydzieraniem rodzinom ich dzieci i dziadków, chcąc oszczędzić wiele ludzkich istnień, zobowiązał się przygotować akcję. W wyznaczonym przez Niemców dniu getto wypełniło wycie tysięcy matek. Z miasta wyjeżdżały samochody pełne dzieci młodszych niż dziesięć lat - bo to był wiek, który odraczał egzekucję. 
     Żeby się uratować, Jutka Cwancygier, wnuczka Dawida Cwancygiera, będzie musiała siebie zapomnieć. 
     W książkach pisanych, by zilustrować jakiś problem, składniki książkowego świata: fabuła i bohaterowie, miejsca i przedmioty naznaczone są edukacyjną celowością, pobieżnością, doraźnością. A najwspanialej, kiedy jest odwrotnie: gdy ze świetnie napisanej historii wysączyć można prawdę. I właśnie tak jest w tej książce. Jej zakończenie jest otwarte. Bohaterowie wyraziści, język piękny. Dobre, symboliczne ilustracje Joanny Rusinek, z przewijającym się motywem nici. Sporo jest tu rzeczy, o które czytające dziecko z pewnością zapyta rodziców. Zadziwi się: jak można dzielić ludzi? Jak to możliwe, że ludzie umierali na ulicach? A co mogłoby stać się ze mną, z dziadkiem? I to też jest piękne: zaproszenie do rozmowy. Pozwólmy, żeby dziecięce zadziwienie i zgroza owładnęły nami, bo może to, a nie wielosłowie tłumaczące nienawiść jest dobrą perspektywą.
A na koniec fragment niezapomnianego Miasteczka Bełz:
Kroki w sieni… nie drżyj tak… to nie oni… to tylko wiatr…
Miasteczko Bełz, kochany mój Bełz
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia, a mama tak nuci mu:
„Zaśnijże już i oczka swe zmruż
Są czarne… a szkoda, że nie są niebieskie… wolałabym…
 * wariat 
** Gdyby Rumkowski wiedział, jak zginą dzieci wywiezione z łódzkiego getta... o tym w Fotografie z Auschwitz

Komentarze

  1. 46 yrs old Librarian Nathanial Ruddiman, hailing from Clifford enjoys watching movies like My Father the Hero and Hiking. Took a trip to Zollverein Coal Mine Industrial Complex in Essen and drives a F150. przeglad strony

    OdpowiedzUsuń
  2. Solidnie napisane. Pozdrawiam i liczę na więcej ciekawych artykułów.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wywietrzyć wietrznicę, oświetlić świecka - "Paskudki słowiańskie"

JUŻ, JUŻ! Katarzyny Wasilkowskiej

Juliusz, Joanna, Zygmunt, czyli jak mszczą się poeci