PACZŁORKOWCY Jarosława Murawskiego i Mai Wolnej
Kiedy czytałam Paczłorkowców przypomniała mi się satyryczna seria Tata, a Marcin powiedział sprzed prawie trzydziestu lat. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych to był powiew świeżości! Byli tylko dwaj bohaterowie, ojciec i syn. Zwodniczo, wręcz rozkosznie dziecięcy dziewięciolatek swymi pytaniami, wątpliwościami, przenikliwością (czyli de facto ujawnianiem skrytych w głowie młynów nieustannie mielących informacje) wpędzał ojca w popłoch. Dawał radę przegadać ojca w niecałe dziesięć minut. I wiecie co, podejrzewałam, że nie było żadnego Marcina ani ojca Marcina. Że był to tylko pretekst dla syna, by móc wywoływać anarchistyczne treści. Serial potwierdzał to, co dzieci przeczuwały: że świat nie jest monolitem, dorośli bywają rzetelni i uczciwi, ale też chaotyczni i niespójni. I że one same mają prawo do odpowiedzi na nurtujące pytania. Trzydzieści lat po serialu świat się jeszcze mocniej skomplikował. A co z próbami...